Kociewiak, społecznik, publicysta, genialny konspirator i niepokorny kapłan o… niewyparzonym języku. Mówili na niego „ksiądz generał”, choć nigdy generałem nie był.


Józef Wrycza urodził się w 1884 roku. w Zblewie na Kociewiu, czyli w zaborze pruskim. Mawiał o sobie, że nie miał w życiu dwóch rzeczy − pieniędzy i strachu. I rzeczywiście tak było. Buntował się od wczesnej młodości. Już jako gimnazjalista związał się z filomatami pomorskimi. Potajemnie studiował polską literaturę, historię, geografię. Z tego powodu stanął przed prokuratorem pruskim. Młodemu Józefowi groziło nawet wyrzucenie szkoły z wilczym biletem, ale nie znaleziono przeciw niemu obciążających dowodów. To właśnie wtedy nauczył się konspiracji, a doświadczenie z młodości mocno wpłynęło na jego późniejszą postawę.

Kazania nie skrócę

W 1908 roku otrzymał święcenia kapłańskie i od razu rzucił się w wir pracy duszpasterskiej i społecznej. Przyjaźnił się z kaszubskimi poetami, sam też publikował w wydawanym w Kościerzynie piśmie „Gryf”. Promował regionalizm kaszubski, a jednocześnie tradycje więzi z Polską. Aktywność ks. Wryczy przerwała I wojna światowa. Duchowny głośno opowiadał się za walką z bronią w ręku w celu przyłączenia Pomorza do Polski. Za swoją postawę został aresztowany przez władze niemieckie i skazany na karę śmierci. W wyniku działań wojennych po pół roku wyszedł na wolność. Kilka miesięcy później stał już u boku gen. Hallera podczas zaślubin Polski z morzem w Pucku. Tamtego dnia padał silny deszcz i mocno wiało. „Pogoda była paskudna, dlatego gen. Haller chciał, aby kapelan skrócił kazanie. Ale ks. Wrycza się na to nie zgodził. Postawił się i zrobił po swojemu. Na szczęście, bo Kaszubi podczas płomiennego kazania płakali. Nadeszła chwila wolności, na którą czekali aż 148 lat, tj. od 1772 roku. To najważniejsza chwila w życiu ks. Wryczy − czas wejścia na karty historii, a także moment narodzin jego legendy” − mówi dr Krzysztof Korda, historyk, autor biografii o ks. Wryczy nagrodzonej podczas ostatnich Targów Książki Kaszubskiej i Pomorskiej. W połowie marca 1920 roku ks. Wrycza znowu znalazł się na froncie. Za swoją postawę podczas wojny z bolszewikami odznaczony został krzyżem walecznych. W uzasadnieniu dowódca pułku napisał: „Brał udział we wszystkich walkach, nieraz na pierwszej linii, zachęcając żołnierzy do ostatniego wytrwania, dając także ciężko rannym pierwszą pomoc w nieobecności lekarza”.


Piłsudczyków nie znosił

Odwaga i determinacja w walce o niepodległość przyniosła ks. Wryczy sławę bohatera narodowego. Niezłomny duchowny nie zamierzał jednak spocząć na laurach. Jako proboszcz parafii w Wielu wybudował na terenie należącym do parafii profesjonalne boisko z bieżnią, skocznią i trybuną. Ks. Wryczę dobrze pamięta Edmund Konkolewski, rocznik 1921: „Proboszcz nie gadał, tylko działał. Propagował czytelnictwo, postawił pomnik Hieronimowi Derdowskiemu, założył Bank Ludowy, a później także nim kierował. Wspierał też okoliczną, uzdolnioną młodzież. Pamiętam takiego chłopaka, który miał talent do malowania. Ks. Wrycza zachęcał go do nauki i wsparł finansowo. Później ten człowiek skończył Akademię Sztuk Pięknych. Został znanym artystą”. Jak podkreśla Krzysztof Korda, we wspomnieniach ks. Wrycza zapisał się jako osoba o grubej skórze, ale gołębim sercu. „Potrafił zrazić do siebie dużą część parafii, ale kiedy komuś działa się krzywda, stał na czele komitetu pomocy. Tryskał energią i pomysłami. W parafii upowszechniał różnego rodzaju kółka, nie tylko religijne, ale także rolnicze, wojackie. Był także dobrym gospodarzem. Dbał o kościół i o kalwarię wielewską” − mówi biograf. Duchowny aktywnie angażował się także w politykę. Był nie tylko stronnikiem Narodowej Demokracji, ale jednym z jej liderów na Pomorzu. „Być może ks. Wrycza nie zostałby politykiem, gdyby nie przewrót majowy z 1926 roku, przeprowadzony przez Józefa Piłsudskiego. Duża część Pomorzan miała poglądy endeckie. Wynikało to z wdzięczności dla postawy Romana Dmowskiego za zabiegi o przyłączenie Pomorza do Polski. Kiedy na skutek przewrotu odsunięto od władzy rząd Wincentego Witosa współtworzony przez endecję, wielu Pomorzan protestowało. To spowodowało także większe zaangażowanie ks. Wryczy w politykę” – wyjaśnia dr Korda. Za swoją postawę ks. Wrycza zapłacił szykanami ze strony sanacji. Policja polityczna w II RP rozpracowywała kapłana, śledziła, spisywała kazania. Za zorganizowanie strajku przeciwko miejscowemu dyrektorowi szkoły, który był zwolennikiem Piłsudskiego, duchowny został skazany na dwa miesiące aresztu.

W głowie Polska, w sercu Bóg

Po 1 września 1939 roku przeszedł do „podziemia”. Przyjął pseudonim „Rawycz”. „W 1939 roku czworo młodych Kaszubów założyło partyzantkę o nazwie Gryf Kaszubski. Jeden pośród jego założycieli był związany z przedwojennym towarzystwem wojackim ks. Wryczy. Dla partyzantów z Gryfa kapłan był autorytetem. To oni poprosili go o przystąpienie do organizacji. Zgodził się, w 1941 roku stanął na jej czele (zwanej odtąd Gryfem Pomorskim), ale nie walczył, pełnił funkcję symboliczną. Jego obecność sprawiała jednak, że organizacja cieszyła się większym uznaniem, a ludzie, wiedząc, że na jej czele stoi legendarny ksiądz podpułkownik, chętnie włączali się w działalność niepodległościową” – mówi Korda. Żołnierze chodzili ze zdjęciem księdza w mundurze od wsi do wsi i powołując się na jego autorytet, werbowali kolejne osoby do organizacji. Aby nadać większe znaczenie całej akcji, rozpowszechniono nawet wśród miejscowej ludności informację, że ks. Wrycza został przez władze polskie w Londynie mianowany na stopień generała. W rzeczywistości był „tylko” podpułkownikiem. „Rawycz” nigdy nie walczył z pistoletem w ręku. Jego bronią były różaniec i modlitwa. Spowiadał, udzielał Komunii św., chrzcił dzieci. Jednak już w 1943 roku wycofał się z aktywnej działalności w organizacji. Gestapo deptało mu po piętach, a jego dekonspiracja groziłaby zniszczeniem całej struktury. Uniknięcie aresztowania przez cały okres okupacji było wyczynem. Oczywiście bez udziału kociewskiej i kaszubskiej ludności, gotowej oddać życie za duchownego, udzielającej mu schronienia i niejednokrotnie ratującej go z opresji, byłoby to niemożliwe. Miejscowi przekazywali sobie z ust do ust kolejne rewelacje o spektakularnych ucieczkach duchownego przed hitlerowcami. Krążyły także dowcipy. „Niemcy znaleźli ciało ks. Wryczy i przeprowadzili sekcję zwłok. Otwierają głowę, a tam Polska. Otwierają serce, a tam Bóg. Przeprowadzają sekcję dalej. Gdzie ma Niemców?  Patrzą: w d...”.

Pod okiem UB

Po zakończeniu II wojny światowej ks. Wrycza wrócił na probostwo do Wiela. Kapłan zabrał się energicznie za pracę w parafii, w powołanie spółki rolniczej, reaktywowanie banku. Chciał pomóc rodzinom, które z jego powodu ucierpiały, ukrywając go przed gestapo. W Wielu pracował do 1948 roku, następie trafił do Tucholi. „Nie potwierdziły się współcześnie funkcjonujące anegdoty, które mówią o rzekomym zaangażowaniu księdza w drugą konspirację” – podkreśla Krzysztof Korda. Stale inwigilowany przez Urząd Bezpieczeństwa ks. Wrycza zamknął się w sobie, unikał towarzystwa. Spotykał się tylko z najbliższymi. Mając 75 lat, przeszedł na emeryturę. Dwa lata później, w 1961 roku, zmarł.

Jan Hlebowicz








„Pielgrzym” 2017, nr 22 (728), s. 28-29

Kociewiak, społecznik, publicysta, genialny konspirator i niepokorny kapłan o… niewyparzonym języku. Mówili na niego „ksiądz generał”, choć nigdy generałem nie był.