Co roku wraz z dźwiękiem syren włączanych na pamiątkę godziny „W” odżywa spór o Powstanie Warszawskie. „Czym było?” − pytają historycy, dziennikarze, artyści. Bezsensowną rzezią, zbiorowym samobójstwem czy raczej bohaterską ofiarą na rzecz niepodległej Polski?


Padają różne odpowiedzi. Stefan Kisielewski nazywał powstanie „aktem zniecierpliwienia, młodzieńczej niepowściągliwości, psychicznego egoizmu”. Czesław Miłosz oceniał wolnościowy zryw jako „przedsięwzięcie karygodnie lekkomyślne”. Z kolei Jarosław Marek Rymkiewicz widzi w postawie powstańców moralny sens, który odnawia się w świadomości Polaków i decyduje o ich tożsamości. „Powstanie zwyciężyło, a dowodem na to jest niepodległa Polska” − uważa pisarz. Przykłady „za” i „przeciw” można mnożyć. Okopani na swoich pozycjach zwolennicy i przeciwnicy wolnościowego zrywu próbują przekonać się nawzajem do swoich racji, często dokonując przy tym prostych i zbyt jednoznacznych ocen. Co ważniejsze? Obrona wartości czy materialna spuścizna i ludzkie życie? − próbują rozstrzygnąć. Tymczasem Powstanie Warszawskie nie było tylko decyzją dowódców − błędną lub słuszną, nie było wyłącznie masowym mordowaniem ludności cywilnej przez Niemców i w końcu nie było też jedynie heroiczną walką samych powstańców. Było każdą pojedynczą ludzką historią.

Tapir
Jerzy Grzywacz, od 1942 roku harcerz Szarych Szeregów, pseudonim „Tapir”. Walczył w Powstaniu Warszawskim w wieku 15 lat. Zgłosił się do dowódcy Powiśla – kapitana Krybara. Był jego gońcem. Przez tydzień pod ostrzałem przedzierał się z rozkazami na barykady. Już po upadku Starego Miasta przy włazach odbierał członków podziemia, którzy uciekali kanałami. Byli brudni, cali w fekaliach, okropnie zmordowani. Młodzi ludzie, a nie mieli nawet siły wyjść na zewnątrz. 5 września wszystkich – młody czy nie młody – uzbroili i wysłali na barykady. Jerzy dostał trzy granaty. Tylko jeden kolega miał karabin. Trochę mało. „Tapir” wiedział, że w razie niemieckiego ataku wytrzymają kilka minut. Wtedy zaczął żegnać się z rodziną. Po raz pierwszy się bał. Z żalem myślał o tych wszystkich rzeczach, które go ominą. Koniec rozmyślań, czas ruszać na bój. Rozpoczął się nalot. Bomba trafiła w sąsiedni budynek. W ich stronę poleciały odłamki. Jeden z powstańców mocno oberwał w udo i zaczął krwawić. Wył, tak go bolało. Jerzemu nic się nie stało. Postanowił pomóc. Po trudnej i długiej przeprawie dotarli do szpitala. Jerzy wymógł na lekarzu, by jak najszybciej zoperował przyjaciela. Zgodził się. Następnego dnia „Tapir” dowiedział się, że Niemcy podpalili ten budynek miotaczami ognia. Wszyscy ranni – przykuci do łóżek – spalili się żywcem. „W powstaniu zginęło ok. 200 tys. ludzi, w tym 180 tys. cywilów. Niemcy nie brali pod uwagę ani wieku, ani płci. Mówili mi ci, którzy uciekli z Woli w pierwszych dniach sierpnia, że widzieli stosy trupów sięgające kilka metrów wzwyż i ciągnące się na przestrzeni kilkudziesięciu metrów wzdłuż murów kamienic. Czy te ofiary poszły na marne? Ja głęboko wierzę, że nie była to walka absolutnie bez sensu. Pozostawiła ona po sobie coś pozytywnego w narodowej świadomości. Przede wszystkim umiejętność całkowitego zjednoczenia się w chwili zagrożenia. W kolejnych pokoleniach Polaków, w 45-letnim okresie PRL, przechowywana była pamięć o nas i naszych marzeniach o wolnej i niezawisłej Polsce. Bez tej pamięci nie byłoby ruchu Solidarności” – ocenia po latach pan Jerzy.

Budka
Budzimira Wojtalewicz-Winke urodziła się w Wolnym Mieście Gdańsku. Jej ojca, Feliksa Muzyka − działacza polonijnego – Niemcy rozstrzelali w Stuthoffie. Ona trafiła do Warszawy i przystąpiła do Szarych Szeregów. Jako „Budka” oraz „Irena” zajmowała się kolportażem podziemnej prasy, zdobywaniem lekarstw i żywności, a nawet przewożeniem broni i amunicji. Należała do słynnego plutonu „Alek” kompanii „Rudy” batalionu „Zośka”, gdzie poznała między innymi Krzysztofa Kamila Baczyńskiego. Koledzy z jej oddziału, kiedy dowiedzieli się o wybuchu powstania, zaczęli wiwatować i prosić ją do tańca. „Budka” też się cieszyła, chociaż nie do końca, bo na jakiś czas musiała rozstać się z narzeczonym. Była zaręczona z Tadeuszem Milewskim ps. „Ćwik”. Studiował medycynę. Mówił, że jako lekarz chce zrobić wiele dobrego. Jesienią mieli wziąć ślub. Po wojnie dowiedziała się, że Tadeusz zginął 5 sierpnia, dzień po swoich 24. urodzinach. Tego samego dnia, kilka godzin przed śmiercią, wziął udział w wyzwoleniu 348 Żydów z więzienia przy ul. Gęsiej, tzw. Gęsiówki. Kiedy pani Budzimira mi o tym opowiadała, miała łzy w oczach. Jednocześnie zawsze podkreślała celowość podjętej walki, której efektem było moralne zwycięstwo Polaków. Do końca na stoliku w pokoju pani Budzimiry stało zdjęcie Tadeusza. „To była piękna miłość” – powtarzała. Zmarła przed dwoma laty.

Krysia
Krystyna Łubieńska, urodzona w Warszawie. Dzisiaj znana aktorka. Latem 1944 roku miała 12 lat. Pomagała powstańcom jako sanitariuszka. Kiedy w mieście rozległ się dźwięk syren, mama wzięła ją za rękę i zaprowadziła do punktu sanitarnego nr 1 na Żoliborzu. Szkolenie przeszła u doktora Mazurka. Po kilku godzinach umiała już robić zastrzyki, zszywać rany, zakładać opatrunki. Po jakimś czasie dostała do ręki dywanik. „Na nim, Krysiu, będziesz transportowała rannych” – usłyszała. Wybiegała z tym dywanikiem na ulice. Dookoła latały kule, a nad głową samoloty. Kiedy widziała rannego, podkładała pod jego ciało materiał i w ten sposób powoli przesuwała do punktu sanitarnego. Czasem kilkadziesiąt metrów. Trafiali do niej ludzie z oderwanymi nogami i rękami. Zakrwawieni. Jęczący z bólu albo nieprzytomni. Cywile i powstańcy. Ci ostatni bardzo młodzi. Niektórzy − chłopcy od przenoszenia meldunków − nie mieli więcej niż 8 lat. Mówiła im: „Zobaczysz, wszystko będzie dobrze, wszystko będzie dobrze”. Uspokajali się i umierali na jej rękach. Zamykała oczy tym chłopcom. Inne wspomnienie. Placyk na Żoliborzu. Strzały, latające samoloty, wybuchy, ludzie biegnący w popłochu. W środku tego wszystkiego kobieta. Nie rusza się. Nie ucieka. Nie ukrywa. Zwariowała? W jednej dłoni trzyma za włosy małą główkę i krzyczy: „Coście zrobili z mo­im dzieckiem?!”. Po latach pani Krystyna mówi stanowczo: „Ktoś, kto tego nie przeżył, kto tam nie był, kto nie widział swoich martwych przyjaciół, w ogóle nie powinien zabierać głosu. Niektórzy mówią, że powstanie to była głupota, samobójstwo. Bzdura. Warszawa miała stać z założonymi rękami?”.

Epilog
Stawanie po jednej stronie barykady sporu o Powstanie Warszawskie bez uwzględnienia jego złożoności, na którą składają się losy kilkuset tysięcy ludzi, jest oznaką braku szacunku dla tych, którzy je przeżyli. Bo to właśnie te mikrohistorie stanowią prawdę o tym wydarzeniu − prawdę skomplikowaną i wielowątkową. „Bowiem w tysiącach takich właśnie wersji − jak pisał Rymkiewicz w Kinderszenen − ujawniało się, dawało o sobie znać, w ten właśnie sposób przedstawiało się wówczas i potem życie tych, którzy byli wtedy w Warszawie, którzy przeżyli powstanie”.

Jan Hlebowicz






„Pielgrzym” 2017, nr 18 (724), s. 26-27

Co roku wraz z dźwiękiem syren włączanych na pamiątkę godziny „W” odżywa spór o Powstanie Warszawskie. „Czym było?” − pytają historycy, dziennikarze, artyści. Bezsensowną rzezią, zbiorowym samobójstwem czy raczej bohaterską ofiarą na rzecz niepodległej Polski?