Fotografia przyrodnicza to nie obszar zainteresowań dla śpiochów. I wcale nie dotyczy to wyłącznie fotografowania zwierząt, ale również pejzażu.


Zarówno w świecie zwierząt, jak i ludzi, konkretnie – fotografów, zdarzają się „sowy” i „skowronki”. Ja sam należę do „skowronków” – wolę wstać nocą, przed świtem, aby sfotografować brzask słońca, który każdego dnia inaczej układa swe promienie pośród mgieł, pagórków, na polach i łąkach. W naszych warunkach geograficznych najodpowiedniejszą porą do robienia zdjęć jest nie tylko wschód, ale także zachód słońca. W tych porach dnia światło jest najbardziej „miękkie” i „ciepłe”, a często towarzyszące im zjawiska przyrodnicze, na przykład mgły, dodają uroku fotografowanym scenom. Godziny popołudniowe, zwłaszcza podczas słonecznych dni, ze względu na kontrastowe „przepały” słoneczne, rzadko dają ładny, plastyczny efekt obrazu. To, że skłaniam się ku fotografii porannej, wynika też z faktu, że gdy jeszcze nocą posadowimy się na wcześniej upatrzonym miejscu, podczas wschodu z każdą chwilą zyskujemy na świetle, które z kolei przy fotografii wieczornej z każdą minutą tracimy.

Fotografując przyrodę, zwłaszcza zwierzęta, powinniśmy tak naprawdę przeistoczyć się w myśliwych. Znajomość biologii i ekologii gatunków oraz ich zwyczajów z pewnością w tym dodatkowo pomoże. Większość zwierząt słabo rozróżnia kolory, reagują natomiast na ruch. Część zwierząt nauczyła się rozpoznawać obiekty po konturach. I tak na przykład dla sarny, która rzeczywiście słabo widzi, kształt człowieka jest bardzo czytelny. Podchodząc do niej, nie powinniśmy więc przyjmować typowej dla nas postawy, nie powinniśmy też wykonywać żadnych ruchów w bok, do sarny zawsze podchodzimy na wprost. Dotyczy to też innych zwierząt, takich jak łosie, jelenie, daniele, muflony czy dziki. Sam sposób podchodu jest zazwyczaj schematyczny, idziemy tylko wówczas, kiedy zwierzęta mają opuszczone łby, gdy tylko je podniosą – zatrzymujemy się. A jak już dotrzemy na odległość pozwalającą na wykonanie obiecującego kadru, nie róbmy od razu ujęć za wszelką cenę. Z niewielkiej odległości czujne ssaki na pewno zwrócą uwagę na odgłos pracującej migawki. Fotki róbmy więc, gdy zwierzęta są aktywne – dziki zachowują się głośno podczas żerowania, byk jelenia ryczy, łoś kroczy głośno poprzez bagno. Sprzymierzeńcem jest też wiatr, którego podmuchy poruszają szeleszczące liście drzew i krzewów. Sam nie podejmuję się podchodu, gdy prędkość wiatru jest mniejsza niż 4 m/s. Często możemy skorzystać z zakłóceń przypadkowych dźwięków – odgłosu jadącego w oddali samochodu czy przelatującego samolotu. Naszym sojusznikiem może być również mgła. Osłonięta mgłą zwierzyna czuje się pośród niej pewniej, a o świcie dłużej pozostaje na polach i łąkach. A jeśli dodatkowo dopisze nam odrobina szczęścia, mamy szansę na kapitalne kadry zwierzyny bajecznie opatulonej mgłą w promieniach wschodzącego słońca.

Fotografia przyrodnicza to też sztuka rezygnacji z pewnych ujęć. Jeśli mamy zamiar sfotografować we wrześniu ryczącego byka jelenia na rykowisku, pamiętajmy, że to łanie idą pierwsze w chmarze, to one decydują o kie-
runku i szybkości przemieszczania się stada. Byk podąża w ślad za nimi i to on zazwyczaj wychodzi na łąkę jako ostatni. Zanim jednak zwierzęta wyjdą na otwartą przestrzeń, stają się nadzwyczaj czujne, potrafią stać bardzo długo na skraju łąk, nasłuchując i wietrząc. Gdy łanie w końcu uznają, że okolica jest bezpieczna, zaczynają wyprowadzać stado z bezpiecznej ostoi. I wówczas – jeśli mamy zamiar sfotografować ryczącego byka – powinniśmy odpuścić sobie fotografowanie wciąż czujnych łań. Odgłos pracującej migawki może je bowiem spłoszyć, zanim jeszcze na łące pojawi się byk. W pogoni za ciekawym ujęciem nie wszyscy są w stanie powstrzymać się od pstryknięcia choć kilku ujęć. I niestety bardzo często podejrzliwe jelenie wycofują się z łąk, na które tego dnia z pewnością już nie wyjdą.

Podchodząc zwierzynę, absolutnie zawsze musimy brać pod uwagę kierunek wiatru. Idziemy wyłącznie pod wiatr, nawet jeśli kosztować nas to będzie nadłożenie kilku kilometrów drogi. Skradanie się z wiatrem nie ma najmniejszego sensu, nawet jeśli ukształtowanie terenu nie pozwala nam na inne rozwiązania. Takie próby powodują, że zwierzyna wcześniej czy później ucieknie. I nieważne jest, jak wielkie posiadamy w tej dziedzinie doświadczenie, nieważne też, czy jesteśmy ubrani w najbardziej wyrafinowaną odzież maskującą. Zwierzę dostrzeże nasz ruch, usłyszy nas, wyczuje nasz zapach…

Idealną sytuacją jest, kiedy to zwierzę przyjdzie do nas. Aby dać sobie na to szansę, najczęściej buduje się kryjówki, tak zwane czatownie. I tu niewyczerpana jest ludzka pomysłowość. Nasze małe budowle stawiamy przy wodopojach, miejscach stałego żerowania i odpoczynku, szlakach migracyjnych zwierząt. Dotyczy to ptaków i ssaków. Możemy je zachęcać do podejścia ku naszej kryjówce przy uprzednio przygotowanych pojnikach i karmnikach (ptaki, wiewiórki), nęciskach (dziki, jelenie, sarny), a nawet przypadkowo odnalezionej padlinie (ptaki szponiaste, kruki, sroki, ssaki drapieżne). Jednak te metody dla celów fotografii przyrodniczej powinniśmy stosować z dużym umiarem. Dobre efekty daje wabienie zwierząt za pomocą wabików (łoś, jeleń, sarna, lis, jarząbek). Nadmienić tu należy, że naśladowanie, jak również odtwarzanie głosów zwierząt stymulujących zachowania terytorialne wymaga ostrożności w okresie godowym, a na pewno nie powinno być stosowane w pobliżu zajętych gniazd. Należy też unikać tego sposobu na zajętych terytoriach godowych.

Budując nasze ukrycie, mamy szansę na wykazanie się pomysłowością. Czatownia musi „wtopić się w otoczenie”, z zewnątrz powinna więc być obudowana materiałem pochodzącym z miejsca, w jakim planujemy zasiadkę. Fotografując nad wodą, wykorzystamy trzciny i liście tataraku, w lesie – gałęzie, kije, rośliny, a na otwartej przestrzeni… No właśnie, otwarta przestrzeń to jedno z najbardziej wymagających miejsc. Najczęściej w takim wypadku wykopujemy ziemiankę. Osłonięta od góry, zapewni nam ukrycie się przed okiem stwora, a jednocześnie pozwoli na zrobienie zdjęć z tak zwanej perspektywy psa. Mamy wówczas szansę na wkomponowanie zwierza w znajdujące się za nim tło, co może zdecydowanie uatrakcyjnić nasze ujęcie. Zanim jednak zdecydujemy się na wybudowanie takiego schronienia, upewnijmy się, kto jest właścicielem gruntu i zdobądźmy od niego zezwolenie na podjęcie przez nas jakichkolwiek działań.

Konstruując czatownię, musimy zadbać o to, aby była ona wygodna i nie ograniczała nam ruchów. Zdarzyć się bowiem może, że spędzimy w niej wiele godzin, czasem nawet kilka dni. Gdy decydujemy się na zasiadkę zimą, powinniśmy pamiętać o tym, aby podłoga i ściany konstrukcji naszego czasowego domku były ocieplone. Jeśli chcemy fotografować bieliki i inne ptaki szponiaste czy krukowate, w czatowni powinniśmy być najpóźniej na godzinę przed wschodem słońca i wyjść nie wcześniej niż godzinę po jego zachodzie. Nie bez znaczenia jest też pogoda. Największe szanse na zdjęcia bielików mamy podczas pochmurnej, śnieżnej pogody, najmniejsze – w czasie pogody słonecznej. Sam najchętniej zasiadam w zimowej czatowni w grudniowe dni. Są one wówczas najkrótsze, co nie jest bez znaczenia, gdy przemarznięci wyczekujemy końca dnia.

Nie zawsze jednak musimy budować wymyślne ukrycia. Na rynku dostępne są do kupienia czatownie typu namiot, które ze względu na łatwość, z jaką się je rozkłada, są często wykorzystywane przez fotografów. Zanim jednak postawimy namiot bądź zdecydujemy się na czasochłonne działania, rozejrzyjmy się dookoła i sprawdźmy, czy w pobliżu nie ma naturalnych ukryć, z których możemy zrobić użytek. Zdarzało mi się wykorzystywać jako kryjówkę gęste nawisy gałęzi świerkowych, stogi siana czy pozostawione przez rolników na łące bele kiszonki. Kiedyś fotografowałem wychodzące na pole dziki, leżąc na deskach drabiniastego wozu konnego, który z jakiegoś powodu od miesięcy stał na łące.

Sam moment fotografowania jest chwilą pełną emocji i ekscytacji. Po wielogodzinnym przesiadywaniu w ukryciu, widząc lądujące na noclegowisku dziesiątki żurawi, wypstrykujemy kolejne karty, dziękując fortunie za jej przychylność. Zapominamy wówczas o nękających nas komarach, bólu w krzyżu czy zdrętwiałych nogach. Zapominamy o chłodzie i przykrym zapachu, który po kilku dniach zasiadki zaczyna się wokół nas roztaczać. Proza życia fotografa bywa bowiem mało wdzięczna.

Jeśli planujemy kilkudniową zasiadkę, zabieramy ze sobą jedzenie i napoje, no i oczywiście musimy zadbać o „toaletę”. Niestety rozwiązań dla tego typu sytuacji jest naprawdę niewiele. Kilkanaście lat temu, odwiedzając Deltę Dunaju, wybudowałem na jednej z wysp jeziora Sinoie czatownię, w której spędziłem kilka dni. Kłopoty zaczęły się rzecz jasna już pierwszego dnia. Aby więc im zaradzić, nocą z trzciny ręcznie wyplotłem matę w kształcie koła, do której w trudnych chwilach przemykałem z mojej zasiadki. Zamaskowany trzcinową zasłoną, powolutku wędrowałem wzdłuż brzegu wyspy, by po chwili „zastanowienia” powrócić do mojego ukrycia i ponownie zasiąść za aparatem. Obserwujące to wydarzenie warzęchy, ibisy i pelikany bez większych oznak niepokoju ciekawsko przyglądały się wędrującemu po piasku Chochołowi. Moja zapobiegliwość się opłaciła, przywiozłem znad Dunaju naprawdę udane zdjęcia, którymi zainteresowało się szereg wydawnictw. Trzeba być przygotowanym na takie okoliczności i mieć ze sobą choćby szczelne wiadro bądź podobny pojemnik. Jeśli nie jesteśmy gotowi na takie poświęcenie, lepiej zarzućmy pomysł na kilkudniowe męczenie się w czatowni.

Fotografując przyrodę, warto korzystać z każdej okazji. Podczas spotkań rodzinnych możemy uwiecznić tęczę ponad jeziorem, łany zbóż w czasie grillowania u sąsiadów, sikory, które zagnieździły się w słupie ogrodzenia. Tylko od nas samych będzie zależało, czy wykorzystamy daną nam przez naturę szansę. Szansę, która utrwalona w kadrze fotografii, przez dekady będzie dawała nam i innym radość.

Wojciech Misiukiewicz


„Pielgrzym” 2017, nr 24 (730), s. 24-26

Fotografia przyrodnicza to nie obszar zainteresowań dla śpiochów. I wcale nie dotyczy to wyłącznie fotografowania zwierząt, ale również pejzażu.