Polacy tysiącami odwiedzają Gruzję, latem i zimą. Jeżdżą na winobranie. Chodzą po górach. Bawią się na weselach. Pluskają się w Morzu Czarnym. I jedzą chinkali.

Praca w terenie, przy wyjącym wietrze i niskich temperaturach, niespodziewane wizyty niedźwiedzi i krajobrazy, które na zawsze pozostaną w pamięci. Dagmara Bożek-Andryszczak miłością absolutną pokochała lodowate krainy – Arktykę i Antarktykę. Z uczestniczką dwóch rocznych wypraw polarnych rozmawia Iwona Demska.

Raz po raz pojawia się wśród nas, ludzi prawdziwie wierzących, coś w rodzaju mody na któregoś ze świętych. Jakbyśmy zapomnieli na chwilę, że jesteśmy chrześcijanami, czyli ludźmi Chrystusowymi, i biegli za czymś, co może odciąga nas od prawdziwej wiary.









Zazwyczaj na lokalnych wydarzeniach, świętach ryby, śliwki czy grilla można nieźle zjeść, albo przynajmniej popróbować różnych smakołyków lokalnej kuchni. To zazwyczaj panie
z Koła Gospodyń Wiejskich – choć nierzadko w ich szeregach są również panowie – przechowały babcine i mamine przepisy na jadło, którego normalnie już nigdzie nie uświadczysz.

Podczas II wojny światowej do III Rzeszy zostało wywiezionych prawie trzy miliony robotników przymusowych. To mało znany epizod naszej historii.









Etnolog Jonathan Lear w książce „Radical hope” przytacza słowa Indianki z plemienia Crew. Kiedy w XIX wieku plemię musiało porzucić wędrówki, polowania i wojny, kiedy przymuszono je do rolnictwa w rezerwacie, owa Indianka powiedziała: „Próbuję żyć życiem, którego nie rozumiem”.

Wszyscy doskonale znamy słowa Chrystusa, modlącego się w wieczerniku: ut unum sint – aby byli jedno. Jaka jest cena tej jedności? Czy potrafimy dla niej poświęcić własne życie i szczęście? O tym, jak wiele kosztuje jedność, i jak wiele ona znaczy, najlepiej świadczą Błogosławieni Męczennicy Podlascy.

Czy strach przed chemią w codziennym życiu ma jakieś racjonalne podstawy, czy jest tylko chwilową modą napędzaną przez, być może, producentów produktów naturalnych? I czy rezygnacja z chemii w codziennym życiu w ogóle jest możliwa?

Święty Augustyn, biskup Hippony, umarł 28 sierpnia 430 r. w stolicy swojej diecezji podczas oblężenia miasta przez Wandalów. Przez 18 miesięcy ucisku Hippona nie poddawała się germańskim plemionom. Jej biskup, mimo że zapadł na ciężką chorobę, postanowił pozostać w diecezji, choć wielu biskupów z prowincji rzymskich w Afryce Północnej uciekło. Ostatni, których Wandalowie wygnali, zabrali ze sobą ciało św. Augustyna.