Jest niepełnosprawny – nie ma nogi. Jest młody i kocha życie. Jest przeciwny aborcji. „Jestem wierzący, a nie jakaś firma krzak” – mówi o sobie. Nie chciał się przyłączyć do „czarnego marszu” i usłyszał za to: „szkoda, że Cię nie wyskrobano!”. Z Grzegorzem Polakiewiczem rozmawiają Patrycja Michońska-Dynek i Sławomir Dynek.

– Jak do tego doszło, że usłyszałeś takie „życzenia”?

Był poniedziałek, dzień tzw. czarnego marszu, czyli manifestacji zwolenników aborcji. Odwiozłem ojca Leona Knabita do sióstr franciszkanek na Piwną w Warszawie. Gdy szedłem, zaczepiły mnie trzy kobiety ubrane na czarno i zaprosiły na czarny protest. Wyraziłem swoje zdanie, że jestem przeciwny aborcji i zawsze jest to dla mnie morderstwo.

W relacjach z ludźmi nigdy nie jestem agresywny, staram się być miły dla każdego i tak było w tym przypadku. Z uśmiechem i stanowczością podziękowałem, a potem usłyszałem epitety: „Ty kulawy ch..., Szkoda, że Ciebie zawczasu nie wyskrobano”.

Czy z takiego spotkania można wyciągnąć jakiekolwiek wnioski?

– Żyjemy w świecie, w którym jest brak miłości. Bardziej zadaję sobie pytanie, co ja robię, żeby dać ludziom nadzieję i dać im poczuć się kochanymi. Nie chcę usprawiedliwiać grzechu, ale pewne postawy ludzi wynikają z ich własnych zranień, z niedoświadczenia miłości w dzieciństwie, które ciągnie się aż po dorosłe życie. Trzeba się otworzyć na miłość Pana Boga. On ze swoją miłością przychodzi w drugim człowieku, w różnych sytuacjach. To nie jest aż tak metafizyczna rzeczywistość, której nie możemy dosięgnąć. Pan Bóg przychodzi do Ciebie w konkretnych ludziach, wystarczy tylko otworzyć oczy, otworzyć swoje serce i pozwolić się kochać.

Jak byś się określił, nazwał? Kim jesteś?

– Jestem szczęśliwym dzieckiem Boga. To jest doświadczenie całego mojego życia – opieka Pana Boga i ludzi, których stawia na mojej drodze. Bóg przeprowadza mnie przez te wszystkie doświadczenia, które kształtują mnie wewnętrznie i zewnętrznie, pokazując mi, że naprawdę jestem wielkim szczęściarzem. Mimo że nie mam nogi...

Jesteś młodym człowiekiem, ale życiowo bardzo doświadczonym...

– Mam 29 lat, urodziłem się w Łańcucie, ale drugi raz narodziłem się w Krakowie i z tym miastem jestem najbardziej związany. Z osobą kardynała Franciszka Macharskiego i osobą o. Leona Knabita. W Łańcucie nie czułem się akceptowany, zarówno w szkole, jak i wśród ludzi, z którymi przebywałem. W wieku 9 lat zachorowałem na cukrzycę. Nie było jeszcze penów ani pomp insulinowych i kłułem się normalnymi strzykawkami. Rodzice moich znajomych traktowali mnie jak narkomana. Do tego – moja mama i ja nie mieliśmy „kokosów”. Nasz status materialny nie był wysoki i wśród rówieśników nie byłem traktowany jak kompan do przyjaźni, do spędzania czasu. Chociaż było kilka osób, z którymi przyjaźnię się do dzisiaj i jestem Panu Bogu i im za to wdzięczny. Od początku byłem słabym dzieckiem, trafiałem do szpitala z różnymi rodzajami alergii. Dopiero niedawno okazało się, że jest to zespół chorób autoimmunologicznych, wywołany m.in. przez mutację genową. W Łańcucie powiedziałem któregoś dnia Panu Bogu, że muszę wyjechać, że chcę pojechać do liceum i coś w życiu osiągnąć. Wygrałem konkurs stypendialny i znalazłem się w Liceum im. św. Jacka w Krakowie.

Nie było Ci lekko w życiu. Odczuwałeś brak miłości?

– Tak... Historia, która najbardziej utkwiła mi w pamięci, to relacja z moim tatą na tydzień przed jego śmiercią. Miałem 7 lat. Chciałem się do niego przytulić, podszedłem do niego, a on mnie odepchnął i powiedział, że się mną brzydzi. Do dziś nie wiem, dlaczego. Był poraniony, miał trudne dzieciństwo, niełatwe relacje z własnymi rodzicami, nie umiał kochać, bo nie doświadczył miłości. Każdego dnia modlę się, żeby był już przy Panu Bogu.

Ale gdy małe dziecko słyszy od własnego ojca takie słowa, to chyba jest niezwykle dramatyczne przeżycie...

– Ależ to było trudne i wracało aż do czasów, kiedy spotkałem kardynała Franciszka Macharskiego i ojca Leona, którzy okazali mi swoją ojcowską miłość. Właśnie ich Pan Bóg postawił na mojej drodze. Kardynała Franciszka spotkałem w krakowskim liceum dominikanów, potem było wiele spotkań i rozmów. W tym bardzo trudnym okresie trzech lat spotkałem na swojej drodze wspaniałych przyjaciół – wierzących i niewierzących – oraz nauczycieli, którzy zawsze mi pomagali i dopingowali mnie. Moja mama wspierała mnie z Łańcuta, ale zawsze była w cieniu. Wiedziała, że mimo młodego wieku, miałem wówczas 15 lat, dam sobie radę sam. Nie było ciągłej kontroli. Traktowała mnie jak dorosłego człowieka. Ja też postanowiłem walczyć sam o siebie, nigdy nie zapominając o wdzięczności, bo przecież od mamy otrzymałem największy dar, jakim jest życie.

A propos narodzin, Hanna Bakuła (malarka, scenograf, autorka kilkunastu książek) powiedziała, że projekt antyaborcyjny Ordo Iuris zagraża wszystkim kobietom, a konsekwencją tego projektu będzie „kupa kalek, bękartów i dzieci z wadami”. Mówisz nam o wdzięczności mamie, która cię urodziła... Że jesteś chorowity od urodzenia, że teraz jesteś bez nogi, że masz w życiu pod górkę, że jest ciężko. Co sądzisz o tych słowach i o swoim życiu?

– Będę to nieustannie powtarzał: jestem człowiekiem szczęśliwym i nie zamieniłbym swojego życia na żadne inne! Ono jest wspaniałe pomimo tego, że było w nim bardzo dużo cierpienia. Szczególny czas takiego fizycznego cierpienia i bólu to okres, kiedy wchodziłem w zaawansowane stadium „stopy neuroartopatycznej Charcota”, czyli choroby, która mi całkowicie zdeformowała, połamała staw skokowy. Leżąc w łóżku, traciłem przytomność z bólu. Pomimo wszystko nie zamieniłbym tego życia na żadne inne. Wiem, że Pan Bóg, jeśli dopuszcza coś w moim życiu, to po to, żeby mi coś pokazać, żeby pokazać też coś drugiemu człowiekowi. Pan Bóg udziela także łaski – cierpiąc przez kilkanaście miesięcy, ani razu przeciw Niemu nie zbluźniłem, ani razu nie robiłem Mu wymówek, bo wiedziałem, że coś za tym stoi. Coś, o czym może nie będę już tu na tym świecie wiedział, ale dowiem się po drugiej stronie.

Mimo ciężkiego życia, jesteś człowiekiem uśmiechniętym, ze sporym dystansem do świata...

– Rozmawiałem kiedyś o swoim życiu z biskupem Grzegorzem Rysiem. Zabrał mnie pod krzyż, na którym jest Chrystus bez rąk. Powiedział: „Popatrz na Niego. On nie ma rąk, ale dzisiaj prosi Ciebie, byś stał się Jego rękoma i poszedł Mu pomóc kochać świat. Kochać drugiego człowieka”. Jakiś czas po amputacji nogi znalazłem w brewiarzu obrazek tego Pana Jezusa. Zrozumiałem wtedy, że najważniejsze jest zdrowe, kochające serce.

To są wielkie słowa, a potem zderzasz się z kobietami, które mówią ci, że szkoda, że się urodziłeś. Jak stajesz wobec tej pogardy? Jak sobie z tym radzisz?

– Ewangelia jasno mówi o miłości nieprzyjaciół. Jeżeli ja nazywam się chrześcijaninem, katolikiem, uczniem Pana Jezusa, Boga, który przychodzi na ziemię, żeby za mnie umrzeć na krzyżu, to powiedz mi, jakie mam prawo sądzić. Ja mogę upomnieć bratersko, powiedzieć, że coś mi się nie podoba. Jestem w miarę sprawnym człowiekiem, nie mam nogi, mam swoje choroby, sporo cierpień za sobą, ale są ludzie, którzy cierpią dużo więcej. Ci, którzy nie mogą napisać nic na komputerze, którzy nie mogą się poruszyć – ale jak pytasz ich, czy cieszą się, że żyją, to widzisz taki uśmiech, który mówi wszystko bez słów. Nieustannie to powtarzam – Pan Bóg przychodzi przez drugiego człowieka, a jeśli my zamykamy się i podajemy łapę diabłu, to taki jest finał tych wyborów – zostajemy z niczym.








„Pielgrzym” 2016, nr 22 (702), s. 20-21

Jest niepełnosprawny – nie ma nogi. Jest młody i kocha życie. Jest przeciwny aborcji. „Jestem wierzący, a nie jakaś firma krzak” – mówi o sobie. Nie chciał się przyłączyć do „czarnego marszu” i usłyszał za to: „szkoda, że Cię nie wyskrobano!”. Z Grzegorzem Polakiewiczem rozmawiają Patrycja Michońska-Dynek i Sławomir Dynek.