Nie wiem, czy kucharz przejął się moją reklamacją. Raczej nie, bo pewnie był zajęty zamieszczaniem na facebooku zdjęć swojej stopy.



„Nabić kogoś w butelkę” – to wyrażenie ma w naszym języku kilkadziesiąt synonimów. Najpopularniejsze to „wykiwać”, „wystrychnąć na dudka”, „zrobić w konia”. Tak właśnie się poczułem, gdy opuszczałem głodny pewien zajazd na Kaszubach niedaleko Egiertowa. Zrobiliśmy sobie z kolegą Leszkiem, stałym bywalcem mojego klubu kolacyjnego, niedzielną wycieczkę na wieś. A na obiad znaleźliśmy urokliwe miejsce. Położone nad stawem, ciche, spokojne. Na zewnątrz zajazdu stoliki i drewniane ławy. Ładny pomost, wędzarnia i piec chlebowy. Lekki wiatr, słońce i zapach skoszonej trawy. Świetnie! Menu było nudne jak fryzura Angeli Merkel, ale skoro już usiedliśmy, skoro jest ciepło i przyjemnie – zamawiamy. Leszek poprosił kelnera o zrazy wołowe w sosie kurkowym, a ja o żeberka pieczone w miodzie. Nigdy nie zapomnę tego posiłku. Nie dlatego, że kucharz okazał się nieoszlifowanym diamentem, arcymistrzem smaku, Paganinim kaszubskiej kuchni, ale dlatego, że to po prostu obwieś, leń i niechluj bez talentu, który powinien rozpocząć karierę w branży smołowania dachów. Brak wyobraźni pokazał już dodatkiem, zwanym zasmażaną kapustą, zrobioną chyba tydzień temu. Być może na Spitsbergenie byłby to szał, ale nie latem na Kaszubach, gdy mamy góry świeżych warzyw. Zrazy Leszka były niedoprawione, suche, a on sam przez kilka minut usiłował znaleźć na talerzu sos kurkowy. W końcu z triumfem na twarzy pokazał mi nabitą na widelec jedną kurkę. Zaś mój kawałek żeberek był kompletnie pozbawiony mięsa i apetycznie wystających kostek. Składał się głównie z wielkiej chrząstki, pokrytej cienką warstwą spalonej skórki i tłuszczu, która miód widziała być może kiedyś na zdjęciu. Podziubałem widelcem w tym kawałku czegoś, zjadłem trochę frytek, a nawet przełknąłem odrobinę tej nieszczęsnej kapusty, gdy pojawił się kelner. Pokazaliśmy mu moje danie. Zrobiło to na nim takie wrażenie jak na krowie. Zabrał mi talerz, by pokazać to kuriozum kucharzowi, a potem wrócił i zapewnił, że zapłacę tylko za frytki i kapustę. Przecież nawet ich nie zjadłem, gamoniu! Zaproponował frytki gratis. I znowu odszedł, by po chwili wrócić i powiedzieć, że nie będzie gratisów. W wyobraźni, na czele oddziału wikingów spaliłem ten zajazd. A panu kelnerowi powiedziałem, żeby już sobie poszedł. Nie wiem, czy kucharz przejął się moją reklamacją. Raczej nie, bo pewnie był zajęty zamieszczaniem na facebooku zdjęć swojej stopy. Jedno jest pewne, nigdy do tego miejsca nie wrócę i będę je wszystkim odradzał, gdyż zostałem zwyczajnie nabity w butelkę i nikt mnie nawet nie przeprosił. Uwierzycie?

 Skuchy, niestety, się zdarzają. Coś złego stało się ostatnio w modnej restauracji na gdańskiej Żabiance. Mój dorsz z dodatkami wręcz pływał w tłuszczu, a smakował tak, jakbym lizał patelnię po smażeniu kotletów. Druga ryba była sucha jak wiór, a frytki zrobione były z ziemniaków pastewnych dla prosiaków. Tutaj jednak miła kelnerka przeprosiła nas, a menadżer dał rabat i nie doliczył do rachunku zamówionych przez nas napojów.

Dlaczego o tym wszystkim napisałem? Bo nie znoszę miernoty. Nie znoszę niechlujstwa. Nie znoszę marnowania jedzenia. Nie znoszę lekceważenia ludzi, którzy słono płacą za obiad w restauracjach. A najbardziej nie znoszę psucia cudownej niedzieli, która miała być zakończona smacznym posiłkiem.

Tak, macie prawo zgłaszać zastrzeżenia, jeśli nie dostaliście dobrego i estetycznego dania. Macie prawo domagać się przeprosin i zadośćuczynienia. Macie prawo wstać od stołu, nie zapłacić i zwyczajnie wyjść, tak samo, jak macie prawo wyrzucić za drzwi fachowca, który zamontował wam w kuchni zlew do góry nogami.

P.S. Na zdjęciu – tak powinny wyglądać żeberka.

Sławek Walkowski


Fot. G.Kartapranata. wikipedia

„Pielgrzym” 2016, nr 17 (697), s. 37