Powinienem napisać o nim poemat. Albo wykuć w dziesięciometrowej skale posąg Michaela, człapiącego swoim drobnym kroczkiem przez knajpę i niosącego talerzyk z tym cudem.


Do restauracji Michaela Dayiantasa dotarliśmy naturalną koleją rzeczy. Zeszliśmy z naszego niewielkiego pensjonatu w dół, ku zatoce w Lygarii. Gdy stanęliśmy na jej prawym końcu, zaczęliśmy iść ku lewemu, brzegiem morza, mijając domy i niewielkie restauracje. Byliśmy głodni, więc weszliśmy do pierwszej lepszej. Nie szukaliśmy knajpy z tarasem, bo na Krecie wszystkie mają tarasy. Ta? Ta, niech będzie, wchodzimy.
Zauroczyło nas wszystko. To, że wiekowy już Michael człapał po swojej tawernie z szybkością zaspanego leniwca, ale człapał i nas obsługiwał. To, że służył w marynarce na okrętach z big guns i pokazywał zdjęcia. To, że pomagał mu syn, a w kuchni gotowała żona. Że na Beatę niezmiennie już mówił Margarita, a na mnie Profesor, od kiedy podsunął mi kieliszek pod nos, a ja szczęśliwy rozpoznałem zawartość i krzyknąłem „Tzikoudia” (taka kreteńska odmiana wódki z wytłoczyn winorośli). Zauroczyło nas to, że po każdym lunchu przynosił nam coś za darmo do wypicia lub zjedzenia. No i przede wszystkim – zauroczyło nas jedzenie. Autentyczne, domowe, bez niepotrzebnych w tym miejscu udziwnień, świeże, proste i cholernie smaczne.
Za pierwszym razem zamówiliśmy w tawernie Michaela na lunch sałatkę z ośmiornicy, smażone sardynki, tzatziki do pieczywa i białe wino. Sałatka była dobra, a sardynki jeszcze lepsze, z chrupiącą skórką, w środku soczyste i delikatne. Od tej pory przychodziliśmy tam zawsze, gdy byliśmy w pobliżu albo gdy byliśmy po prostu głodni. Nasz poczciwy, stary Kreteńczyk sam proponował nam różne smakołyki, albo coś, co dosłownie przed chwilą przygotowała jego żona. Jak na przykład taramasalata – dip z wędzonej ikry dorsza, łupaka lub świeżego cefala oraz oliwy, czerstwego chleba, czosnku i cebuli. Było to coś niezwykle pysznego, odtąd już zawsze na przystawki zamawialiśmy jakieś gęste pasty do pieczywa.
Melitzanosalata – dip z bakłażana... Właściwie powinienem napisać o nim poemat. Albo wykuć w dziesięciometrowej skale posąg Michaela, człapiącego swoim drobnym kroczkiem przez knajpę i niosącego talerzyk z tym cudem. Kiedy po raz pierwszy Michael nam go przyniósł, zaraz po tym, gdy wskazał go w karcie paluchem i cmokając, zaczął zachwalać, maczaliśmy w nim kawałki chleba i jedliśmy na wyścigi. Zniknął błyskawicznie. Poprosiliśmy o drugi. Zjedliśmy go równie szybko. Był gładki, delikatny, lekko kwaskowy, z małą nutą pieczarek, mimo że w ogóle ich w sobie nie miał. Potem syn Michaela zdradził nam jego skład.
I dzisiaj, w imię wszystkiego co dobre i pyszne, ku chwale Michaela, jego wspaniale gotującej żony i jego tawerny, przekazuję tę tajemnicę. Niestety, wszyscy tylko możemy jedynie zbliżyć się do tego, co serwuje zacny Kreteńczyk.
Z prozaicznego powodu – braku kreteńskich bakłażanów. Te na naszych półkach, hiszpańskie czy holenderskie, to jedynie ersatz...
Zatem, dwa dorodne bakłażany dziabię widelcem w kilkunastu miejscach, kładę na papier do pieczenia na blasze i wsadzam na godzinę do piekarnika, rozgrzanego do 190 stopni. Potem wyjmuję je, a one sobie stygną. Gdy już mogę je spokojnie złapać w rękę, przekrawam na pół i wybieram miąższ. Rozgrzewam na patelni oliwę i podsmażam go przez 5 minut. Następnie wrzucam do robota i miksuję. Dodaję łyżkę białego octu winnego, trzy łyżki oliwy, 100 ml greckiego jogurtu, dwa starte ząbki czosnku oraz szczyptę mielonego kminu rzymskiego. Kiedy wszystko się połączy, przekładam masę do miski, dodaję dwa płaty posiekanej marynowanej papryki i mieszam łyżką. Doprawiam solą i pieprzem, czasami dodaję jeszcze kilka kropel octu winnego. Do tego kawałek ciepłej pity w jednej ręce, kieliszek białego wina w drugiej, i już mnie tu nie ma. Bo tak naprawdę jestem nad zatoką w Lygarii...

Sławek Walkowski

Fot. S. Walkowski


„Pielgrzym” 2016, nr 15 (695), s. 37