„Co masz zawsze w lodówce?” – na to pytanie utalentowany polski szef kuchni, Aleksander Baron, odpowiedział: „Jajka i masło”.


Odpowiedział bardzo prosto i pięknie. Jajka i masło, najprostsza potrawa. W kilka zaledwie chwil. Wystarczy rozbić jajka, roztrzepać je, wylać na patelnię z roztopionym masłem i voila! Mamy omlet! Coś niezwykle pożywnego, smacznego, czym szybko zaspokoimy głód. A przy odrobinie wyobraźni – z różnymi dodatkami – możemy z tego zrobić naprawdę mały cud.
Lubię jajka. Lubię je przyrządzać na wszelkie możliwe sposoby. Jajecznica to była pierwsza potrawa, jaką potrafiłem samodzielnie zrobić jako kilkulatek. Uwielbiam jajka na miękko ze szparagami. Jajka sadzone albo po benedyktyńsku z sosem holenderskim. Jaja po szkocku, szakszukę, omlet z truskawkami, omlet z kozim serem i szpinakiem czy też puszystą jajecznicę z dojrzałymi pomidorami. Pycha!
Przez jakiś czas jajka były na indeksie. Różni specjaliści obwiniali je o to, że zamieniają ludzi w beczki smalcu. Tymczasem prawda jest taka, że są fantastycznym, łatwo przyswajalnym pożywieniem. I mają w sobie tyle minerałów, witamin, kwasów i związków, że ich lista zajęłaby mi miejsce w felietonach do września. Zresztą w Afryce przez kilka tygodni codziennie na śniadanie jadłem omlety i czułem się doskonale. Ba, chyba nawet trochę schudłem. Jajka. Omlet. Idealna prostota.
Pomyślałem sobie o tym, uśmiechając się, gdy w sobotni poranek grzebałem w lodówce. Mogłem zrobić omlet iście królewski, godny króla Słońce Ludwika XIV, ale wybrałem jego włoską wariację, bo dawno już nie robiłem frittaty. Jakże cudne to danie.
Wystarczy podsmażyć na oliwie to, co akurat jest w lodówce, a następnie wylać masę jajeczną i powoli, na małym ogniu, smażyć, aż spód się zetnie i zezłoci. Wtedy należy włożyć patelnię do piekarnika pod grill i przyrumienić wierzch. Gotowe. Frittata jest podobna do tortilli. To stwierdzenie sprawi oczywiście, że każdy Hiszpan będzie miał ochotę dźgnąć mnie banderillą, używaną podczas corridy. Lo siento, amigos, ale taka prawda. Czy to będzie omlet naturalny, czy mieszany, czy biszkoptowy, a nawet japoński tamagoyaki – wszystko polega na usmażeniu i ewentualnym dopieczeniu roztrzepanych jaj w piekarniku.
Naturalnie, żyją na tym świecie istoty, które potrafią zniszczyć nawet taką prostotę. Pani, która przygotowała dla mnie pierwszy w moim życiu omlet i podała mi go z dżemem, powinna spędzić za karę miesiąc w wojskowej kuchni. Rosyjskiej. Za Uralem.
No dobrze. Frittata. Wylałem na żeliwną patelnię oliwę. Wrzuciłem pokrojoną w kostkę resztę pieczeni cielęcej z obiadu, posiekaną paprykę i szalotkę. Chwilę smażyłem. Dorzuciłem pokrojone pieczarki, pomidory i ugotowane poprzedniego wieczoru zielone szparagi (właśnie trwa sezon, a jak wiecie, w trakcie sezonu szparagowego dostaję kręćka i jem je codziennie). Fakt, pofolgowałem sobie z dodatkami. Jeszcze chwila smażenia. Roztrzepałem dobrze cztery wiejskie jaja, doprawiłem pieprzem i solą, dorzuciłem posiekany szczypiorek, wymieszałem i wlałem na patelnię. Zmniejszyłem płomień i pozwoliłem frittacie spokojnie dochodzić. Gdy spód już się zezłocił, zdjąłem patelnię z ognia i wstawiłem ją do piekarnika pod grill rozgrzany do 180 stopni. Wystarczyło zaledwie kilka minut. Natychmiast pokroiłem frittatę na cztery porcje. Świetnie pasuje do niej przypieczona kromka ciabatty i sałata z winegretem. Oczywiście do tego lampka zimnego, białego, wytrawnego. Po takim śniadaniu, wierzcie mi, dzień będzie bardzo udany. Buon appetito!

Sławek Walkowski


Fot. S. Walkowski

 


„Pielgrzym” 2017, nr 12 (718), s. 37

 


„Co masz zawsze w lodówce?” – na to pytanie utalentowany polski szef kuchni, Aleksander Baron, odpowiedział: „Jajka i masło”.