Bardzo lubię wszelkie pasty i dipy, jak tzatziki, które mogę jeść łopatami, pastę z bakłażana, w której chętnie bym się wytarzał, i oczywiście hummus!


Uwielbiam jeść w restauracjach. Uwielbiam tę dostojność, elegancję, białe obrusy i błyszczące sztućce. Uwielbiam szybką, konkretną i dyskretną obsługę. Uwielbiam, gdy sommelier z uśmiechem poleca mi wino, uwielbiam te stonowane światła, uwielbiam rozmowy przy stolikach, tak półszeptem. Uwielbiam zachwycać się potrawami, doborem składników, smakami i kompozycjami. Uwielbiam rozmawiać o jedzeniu właśnie w restauracji, koniecznie z osobą, którą także uwielbiam…
Ale z pewnością byłbym nabzdyczonym snobem, gdybym nie kochał jedzenia w ogóle, w każdych warunkach i w każdej postaci. I często mam pokaźny dylemat, czy wybrać lokal z gwiazdą Michelin, czy może zwyczajny koc na kwiecistej łące. W końcu z pomocą przychodzi mi nastrój i zachcianka. I nie zawsze muszę mieć pod ręką wyjątkowej urody zastawę. Wystarczą ręce albo kawałek chleba.
Pomyślałem sobie o tym, gdy tego lata jadłem maliny prosto z krzaka. Było to coś absolutnie pięknego. Sięgam po owoc. Zrywam go. Wkładam do ust. Cudowny smak eksploduje na podniebieniu. Nie zastanawiałem się, czy ten krzak był czymś opryskany i czy ta substancja sprawi, że wyrosną mi płetwy. Prostota jest fajna. Często przegryzam sobie coś zwykłego, ale co sprawia, że jedząc, mam uśmiech wielki jak brwi towarzysza Breżniewa. Kawałek bagietki maczany w oliwie to już jest posiłek. Dorzucam pleśniowy ser, oliwki, suszone pomidory, dojrzewającą wędlinę i z kieliszkiem czerwonego wytrawnego mogę w ten sposób spędzać całe tygodnie. Albo wszelkie pasty i dipy – jak tzatziki, które mogę jeść łopatami, pastę z bakłażana, w której chętnie bym się wytarzał, i oczywiście hummus!
Pasta z ugotowanej ciecierzycy z dodatkiem tahini, soku z cytryny, czosnku i oliwy jest wyjątkowo wdzięczna. Można ją pałaszować, wybierając ją z miski kawałkiem chleba czy placka. Albo kawałkami różnych warzyw. Ba, może być częścią bardzo poważnego dania, jak libańska kawarma – przyprawione goździkami i kminem kawałki jagnięciny, usmażone i podane na hummusie polanym sosem cytrynowym. Liban w ogóle uznaje hummus za swoją potrawę narodową (tak samo jak falafel i sałatkę tabouleh) i toczył na tym polu zaciekłą wojnę z Izraelem. Kilka lat temu żydowscy kucharze na jakimś festynie przygotowali 5 ton pasty. Odpowiedź była szybka. W Bejrucie 300 libańskich kucharzy wymieszało 7 ton ciecierzycy, 2 tony tahini i 70 litrów oliwy. Wycisnęli do masy sok z 2 ton cytryn i zagrali Izraelczykom na nosie swoim 10-tonowym hummusem. Do tego dorzucili jeszcze od niechcenia 5 ton falafela. Izrael mógł zrobić tylko jedno – wysłać komandosów z elitarnej jednostki Sajjeret Matkal, na szczęście rekord Guinnessa aż tak cenny nie był. Mieszkańcy Bejrutu i okolic próbowali jeszcze zastrzec prawo do nazwy hummus, tak jak sprytni Grecy zrobili to z serem feta, ale grzmot uruchamianych izraelskich czołgów typu Merkava przekonał ich, że to głupi pomysł. Dlatego po jednej i po drugiej stronie w końcu wszyscy zajęli się miksowaniem ugotowanej ciecierzycy. Bo od tego trzeba zacząć. Ja wrzucam do robota 400 g i od razu dolewam trochę (50 ml) bardzo zimnej wody. Miksuję na gładką masę i dodaję dwie łyżki pasty sezamowej tahini, dwie lub trzy łyżki soku z cytryny, dwa duże i starte ząbki czosnku i trochę oliwy. Jeszcze raz miksuję na gładką masę, a gdy jest za sztywna, dodaję jeszcze wody. A na koniec dzwonię do znajomych Libańczyków i Izraelczyków i proszę o świeżą pitę do mojego hummusu.

Sławek Walkowski


Fot. Serge Melki






„Pielgrzym” 2016, nr 20 (700), s. 37  

Bardzo lubię wszelkie pasty i dipy, jak tzatziki, które mogę jeść łopatami, pastę z bakłażana, w której chętnie bym się wytarzał, i oczywiście hummus!