Ta kuchnia nie jest warta uwagi, chyba że ktoś uważa klopsiki za finezyjne jedzenie. Hm… to nie jest jednak prawda.


Od jakiegoś czasu dużo mówi się o Szwecji. Szczególnie bimbające sobie z poprawności politycznej portale internetowe drwią ze skandynawskiego królestwa (moim zdaniem ten kraj dziś z monarchią ma tyle wspólnego co ja z drzewem). Ostatnio tamtejsi obłąkani komuniści palili książki pani Astrid Lindgren, bo ich zdaniem somalijskich obywateli Szwecji mogło obrażać określenie „król Murzynów” w jakichś przygodach Pippi. Na pewnym popularnym portalu toczyła się ostatnio dyskusja o kłopotach pewnej szwedzkiej katoliczki. Jednak użytkownik Zwardi, rzucając zaczepne: „Nie ma co się przejmować Szwecją, nawet nie znam ani jednej dobrej potrawy z tego kraju”, sprawił, że zmieniliśmy temat.
„A hot-dogi z Ikei? Stół szwedzki, mówi ci to coś? Od kiedy to potrawa, co ty, kornik jesteś? Zapłacę ci, jak zjesz taki stół. Szwedzkie jedzenie to np. dżemy z maliny moroszki. A Surströmming to co? Köttbullar nie znasz? Ich potrawą narodową jest kebab”. To tylko część komentarzy, ale sugestia jedna – ta kuchnia nie jest warta uwagi, chyba że ktoś uważa klopsiki za finezyjne jedzenie, a sfermentowany śledź jest wyjątkowym rarytasem.
To bardzo niesprawiedliwe. Kuchnia szwedzka, jak i cała skandynawska, jest ciekawa, urozmaicona i smaczna. Po prostu jej nie znamy. Przez wiele lat stała na uboczu, na szczęście nagle wszystko się zmieniło. Najpierw Mathias Dahlgren wygrał w 1997 roku renomowane mistrzostwa Bocuse d’Or, potem René Redzepi z kopenhaskiej Nomy i inne osobistości wydały manifest Nowej Kuchni Skandynawskiej. Jej wielkim propagatorem jest choćby szwedzki chef Magnus Nilsson. Od tego momentu cały świat zaczął się uważnie przyglądać, co też dzieje się na północy Europy. Bo nie da się ignorować bandy potomków wikingów, którzy robią deser z marynowanej szyszki jodłowej. I do tego stawiają wśród pól Skanii wędzarnię i szopę, a za rok jest to topowa knajpa w kraju.
Nowoczesna szwedzka kuchnia to przede wszystkim czystość, świeżość, prostota i etyka. To kuchnia sezonowa. Kuchnia bazująca na składnikach i produktach, które są charakterystyczne dla danego regionu. Która odkrywa nowe zastosowanie tych produktów. Kuchnia, która stawia na smak, zdrowie i dobre samopoczucie. Dla której ważna jest tradycja i nowe impulsy z zagranicy. Która promuje lokalnych rolników, hodowców i rybaków. Czy można chcieć czegoś więcej? Naturalnie, gwiazdek Michelin. Naliczyłem ich u Szwedów dwadzieścia sześć. W Polsce mamy dwie.
Napisałem te lekkie dywagacje, bo odwiedziła mnie koleżanka z kraju prostych mebli i bezpiecznych samochodów. I pochwaliła się, że robi bardzo dobrego gravlaxa. To tradycyjna szwedzka przekąska, pyszna i łatwa. Wystarczy trochę cierpliwości. 100 g soli, 30 gr cukru, pęczek koperku, po łyżce musztardy i chrzanu. Te składniki trzeba wymieszać i pastą posmarować rybę. Dobrze jest podlać ją wódką, sokiem z cytryny i jeszcze obłożyć ugotowanymi i pokrojonymi burakami. Tak sprawionego łososia należy zawinąć w folię, włożyć do głębokiej tacy (puści sok), przykryć, obciążyć puszkami lub słoikami i wrzucić na 2–3 dni do lodówki. Po tym czasie wystarczy rybę oczyścić z marynaty i osuszyć papierowym ręcznikiem. Tak przygotowany gravlax jest świetny z pumperniklem lub blinami, kawiorem, sosem śmietanowo-musztardowym i sałatką z marynowanych warzyw. No i kieliszeczek zmrożonej… sami wiecie…

Sławek Walkowski






„Pielgrzym” 2017, nr 18 (724), s. 37