Zazwyczaj mamy utartą wiedzę o różnych kuchniach. Najczęściej bardzo mylną.


Często jadąc w jakieś odległe miejsce, zastanawiacie się albo nawet martwicie, co będziecie tam jeść. Szczególnie, gdy zmierzacie do kraju na innym kontynencie, który jest porośnięty dżunglą, zdecydowana większość zwierząt jest tam jadowita, a komary przenoszą wyjątkowo zjadliwe szczepy pasożytów, które wywołują tak ostre zapalenie mózgu, że eksploduje wam głowa. Żeby dowiedzieć się czegoś praktycznego, szukacie w Internecie informacji o jedzeniu w danym kraju, ale jedyne filmy, jakie znajdujecie, pełne są scen wymiotujących lub krzywiących się i plujących turystów po zjedzeniu: węża, larwy, czegoś na wpół zgniłego, jakiegoś pęcherza, oka, języka, śmierdzącej rośliny, mchu czy suszonego nietoperza.
Martwicie się niepotrzebnie. Przede wszystkim pojedziecie do miejsca, gdzie jest tlen i woda. Z pewnością będą tam w miarę życzliwi ludzie. A jedzenie nie będzie takie dziwne. Nie przesadzę, jeśli napiszę, że tak naprawdę wszędzie na świecie spożywa się podobne rzeczy. Kurczaka zjecie dosłownie pod każdą szerokością geograficzną. Nawet w eskimoskiej wiosce na Grenlandii w lokalnym sklepie znajdziecie puszkę z potrawką z kurczaka. I frytki. Jasne, każde państwo ma jakąś swoją narodową kuchnię, sztandarową potrawę i słynie z unikalnych produktów. Ale w większości znajdziecie rzeczy dobrze wam znane, fakt, czasami może łączone w dziwny sposób, jak mongolska herbata z solą i masłem. A jeśli będziecie w hotelu, to możecie nawet nie poczuć jakiejkolwiek egzotyki, bo na śniadaniu zobaczycie kawę, grzanki, dżem, płatki owsiane i omlet.
Piszę o tym, bo mamy utartą wiedzę o różnych kuchniach. Najczęściej bardzo mylną. Francuzi wcinają non stop żabie udka. Meksykańskie jedzenie wypala wnętrzności. Włosi to ciągle pizza i makarony. W Turcji same kebaby, a w Japonii surowe ryby. To bzdury. Każda kuchnia tak naprawdę jest o wiele bogatsza i kolorowa, a japońska zaskoczy nas... schabowym! Tak się składa, że wieprzowy kotlet z racji swojej popularności stał się u nas niemal daniem narodowym, a jak wiadomo – nasze narodowe danie to bigos. Polacy pałaszują tony schabowego, bo jest tani, sycący i łatwo go przygotować. I nie ukrywajmy, z racji sporej zawartości tłuszczu, a tłuszcz jest nośnikiem smaku, już pierwszy kęs doprowadza nas do ślinotoku.
I tak się składa, że Japończycy nie tylko kochają muzykę Chopina, ale i schabowe. To danie jest jednym z najpopularniejszych. Nawet przygotowanie jest podobne do tego w naszej ojcowiźnie, stąd różnej maści niejadki nie będą zbytnio wybrzydzać, gdy podacie im wieprzowinę tonkatsu. A jeśli odwiedzicie kraj superpłaskich telewizorów i niepsujących się samochodów, zmęczeni wodorostami, zupą miso i rybą fugo, będziecie mogli sięgnąć po jakże swojskiego schaboszczaka.
Kotlety rozbijam i doprawiam solą i pieprzem. Na głębokiej patelni rozgrzewam olej, tak do 170–180 stopni. Kotlety maczam kolejno w mące, roztrzepanym jajku i w japońskiej panierce panko (najlepiej kupić ją w Internecie). Mięso smażę po 3 minuty z każdej strony, następnie wyjmuję i kładę na papierowe ręczniki. Kotlety kroję w poprzek na kawałki wielkości kęsa. Podaję je polane sosem tonkatsu razem z poszatkowaną kapustą pekińską i ugotowanym ryżem. Sos robicie zaś z wymieszanych: 2 łyżek ketchupu, łyżki sosu sojowego, 2 łyżek sosu Worcester, 2 łyżek mirin (japońskie wino do gotowania) oraz po pół łyżki ostrej musztardy i sosu ostrygowego. Możecie go podać osobno, by moczyć w nim każdy kawałek kotleta. No i najlepiej popić go sake, oglądając jakiś film Kurosawy.

Sławek Walkowski


Fot. Ayustety form Tokio

 



„Pielgrzym” 2017, nr 9 (715), s. 37


Zazwyczaj mamy utartą wiedzę o różnych kuchniach. Najczęściej bardzo mylną.