W dzisiejszych czasach wyjście do kina uchodzi za kulturalną formę spędzania wolnego czasu. To rozrywka na ogół przewidywalna i odświętna – statystyczny Polak ogląda film na dużym ekranie średnio raz w roku. Natomiast przed wojną kino było instytucją, która budziła dużo więcej emocji niż obecnie. Rozpalało wyobraźnię w nie mniejszym stopniu niż mecze piłkarskie. Było źródłem rozmaitych przyjemności – od wrażeń artystycznych po udział w skomplikowanym teatrze życia codziennego. Nie każdy jednak mógł sobie na tę przyjemność pozwolić…


Są lata trzydzieste dwudziestego wieku. Na świecie szaleje wielki kryzys ekonomiczny, przez który życie codzienne pełne jest zmartwień i lęków o jutro. Bezrobocie dotyka w praktyce każdą rodzinę. Brakuje pieniędzy na opał, buty i jedzenie, a co dopiero na rozrywkę. Idąc każdego dnia na miejscowy stragan, mija się plakaty filmowe przyklejone rzędem do płotu. Świat filmu proponuje ucieczkę od szarzyzny egzystencji. Mami przygodą, egzotycznymi widokami. Pokusa, by wydać ostatnie grosze na bilet, jest tak wielka, że trudno nad nią zapanować.
Tak myśli większość widzów w tamtych czasach. Mimo kryzysu film to najpopularniejsza forma rozrywki. A nawet coś więcej: szkoła życia, trybuna polityczna, inkubator rewolucji obyczajowej, namiastka turystyki. „Gdzie indziej bywają bale, wieczorki, fixy, bridge, salony i rauty. Tu jest tylko kino i ulica” – pisał Jan Dąbrowski o przedmieściu, które obsesyjnie czeka przez cały tydzień na piątkowy lub sobotni seans. Widzowie skłonni są do największych poświęceń, by dostać się do tej krainy iluzji. Josełe, bohater reportażu o wileńskiej dzielnicy nędzy, nie dojada, chodzi w łachmanach, by każdy zaoszczędzony pieniądz przeznaczyć na kino. Ono trzyma go przy życiu. Gdy „wraca na ponure przedmieście, do atmosfery wyzwisk, przekleństw i razów, łatwiej mu jakoś znieść głód i całą swą nędzną, beznadziejną rzeczywistość”.

Paweł Sitkiewicz






Więcej przeczytasz w najnowszym numerze dwutygodnika „Pielgrzym” (01/2020).