O języku Jana Pawła II

Wszyscy, którzy wcześniej znali Papieża, słuchali jego wykładów, czytali jego dzieła, np. „Miłość i odpowiedzialność”, stwierdzają, że język Jana Pawła II stał się zupełnie innym niż język Karola Wojtyły.

REKLAMA



Mnie jako słuchaczkę papieskich wypowiedzi cieszyło zawsze, że mówił własnym, osobistym językiem (bez stereotypów, bez utartych wyrażeń, bez nowomowy dawnej czy dzisiejszej). Był to język w kazaniach uroczysty, ale jednocześnie prosty, odwołujący się do doświadczeń słuchaczy w określonych sytuacjach życiowych, zawsze z pełnym szacunkiem dla odbiorców (nawet w wielkich zgromadzeniach odbiorca był traktowany osobowo i indywidualnie, każdy czuł, że Papież mówi do niego).
Przemawiając Papież korzystał z bogactwa językowego polszczyzny, ale jednocześnie ujmował zagadnienia moralne i religijne, społeczne i polityczne po swojemu, w bardzo osobisty sposób, tylko jemu właściwy, ale precyzyjny.
Zawsze słuchając Ojca Świętego (czytając jego wypowiedzi publiczne), miałam wrażenie, że jestem z tej samej kultury co On. Z kultury Polski jagiellońskiej szeroko otwartej na światy ludzi, religii, narodów, kultur, wspaniałomyślnie tolerancyjnej; z kultury krakowskiego środowiska „Tygodnika Powszechnego” i warszawskiej „Więzi”, z kultury personalistycznej – szacunku i życzliwości wobec każdego człowieka.
Pamiętam zmieniającą się reakcję ludzi na pierwsze kazanie – przemówienie Jana Pawła II w Warszawie w 1979 r. na Placu Zwycięstwa. Na początku stojący wokół mnie, zwłaszcza mężczyźni, odnosili się do mowy Papieża dosyć sceptycznie, choć z zaciekawieniem, lecz kiedy powiedział o powstaniu warszawskim, o samotności w tej walce, kiedy przeszedł do spraw aktualnych z pełnym zrozumieniem sytuacji ludzi słuchających, widziałam, jak słuchacze włączali się aktywnie w tę wypowiedź: najpierw oklaski, ciche potwierdzenia: „dobrze mówi”, potem wybuchające spontanicznie śpiewy, odpowiednie do treści słów Papieża („My chcemy Boga…”, „Chrystus wodzem…”, „Nie rzucim ziemi…”, „Boże coś Polskę…”), narastało uniesienie zakończone wezwaniem Ducha Świętego („Niech zstąpi…”).
Nic dziwnego, że za rok powstała „Solidarność”. Ludzie uwierzyli w siebie, w polską zbiorowość zjednoczoną wspólną myślą i wspólnym pragnieniem. Ludzie przestali się bać, zrozumieli, że jest ich wielu.
To nastawienie w języku na konkretnego odbiorcę, na jego potrzeby  i uczucia jeszcze wyraźniej ujawniło się na drugi dzień przed kościołem św. Anny, w wielkim zgromadzeniu studentów i nauczycieli akademickich na Placu Zamkowym i na Krakowskim Przedmieściu.
Papież, żegnając się z Warszawą, przed odlotem do Gniezna, przed Mszą św., powiedział, że jeszcze musi coś dodać, „bo to się Warszawie należy”. Odbył się dialog Ojca Świętego z wiernymi jako ze wspólnotą, ale jednocześnie z każdym osobno jako podmiotem zgromadzenia.
„Moi drodzy! Ja już od wczoraj myślę nad tym, co znaczą te oklaski (bardzo długie oklaski i śpiew: „My chcemy Boga”). Otóż powiedziałem, że od wczoraj myślę nad tym. Trzeba powiedzieć, co myślę. Pozwólcie mi powiedzieć, co myślę. Wczoraj, wczoraj naprzód pomyślałem sobie: powiedz im, żeby dali spokój, bo nie skończymy! Dziś powinienem to samo powtórzyć, ale wczoraj pomyślałem sobie: poczekaj! Przyszła mi taka myśl (myślę, że przyszła od Ducha Świętego) – poczekaj! „Będą razem z tobą mówić to kazanie!” Bo wcale nie jest takie interesujące to, że klaszczą, że biją brawo, tylko – kiedy biją brawo!
Otóż dzisiaj ta myśl idzie za mną dalej. Oczywiście, naprzód ta myśl, że się prawdopodobnie spóźnimy do Gniezna! Ale nie tylko ta jedna myśl. Kiedy biją brawo? Wczoraj, kiedy powiedziałem: Chrystus – przez 15 minut bili brawo; dzisiaj, kiedy powiedziałem: Duch Święty – może już trochę krócej, bo jeszcze, jak mówi Pismo Święte, nie całkiem się obudzili. Ale w każdym razie bili. Chociaż byście nie wiem, jak bili brawo, to ja tę myśl muszę skończyć. Otóż, co ja sobie pomyślałem dzisiaj rano. Pomyślałem sobie: co się dzieje z tym społeczeństwem? Co się dzieje z tym społeczeństwem? Stało się jakimś społeczeństwem teologicznym!
No, dość tej refleksji na marginesie. To jest wstawka. Ale nie mógłbym odjechać, nie wypowiedziawszy jej, bo należy oddać sprawiedliwość Warszawie. Gdybym to powiedział w Gnieźnie, już byłbym niesprawiedliwy.
Moi Drodzy! Ostatnie brawo było przy „sercu”. Temu nie można się tak bardzo dziwić.”
I jeszcze może jeden przykład wielkiej uwagi wobec odbiorcy. Już nie pamiętam, w której pielgrzymce, Ojciec Święty spotkał się w Warszawie z przedszkolakami. Siedział z nimi, a dzieci otaczały go ze wszystkich stron, też siedząc. Dzieci zadawały różne pytania, bardzo osobiste. Dziewczynka, może pięcioletnia, zapytała ze smutkiem: „czy Ojciec Święty lubi dziewczynki z warkoczykami?” Ojciec Św. wychylił się, uważnie przyjrzał się pytającej, bez warkoczyków, i odpowiedział: „i z warkoczykami i bez warkoczyków”.
Właśnie ta językowa uwaga skierowana na rozmówcę, na odbiorców choćby masowych, była charakterystyczna dla Ojca Świętego.
Szacunek i zaufanie dla odbiorców wyrażał się w języku przemówień, na przykład do młodzieży: „wy możecie być dobrzy”, „wy jesteście zdolni do odpowiedzialności, do odpowiedzialnej służby, do odpowiedzialnej miłości”  – od tego zaczynał, a potem konkretyzował wymagania. W odróżnieniu od wielu nauczycieli, którzy zaczynają od wypominania wszystkich grzechów, zniechęcając do słuchania i do wykonania.

Regina Pawłowska


„Pielgrzym” 2009, nr 12 (510), s. 17

Udostępnij ten artykuł:

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *