Kiedy przekroczyłem próg katedry, pierwszą rzeczą, którą zobaczyłem, była kaplica Najświętszego Sakramentu. Poczułem, że tam właśnie chcę pójść. Stało się dla mnie oczywiste, że przebyłem pieszo tyle kilometrów nie po to, aby dotknąć figurki czy stracić zbędne kilogramy, ale by spotkać się z Jezusem.


 – Jest w dobrym tonie wybrać się na pielgrzymkę do Santiago de Compostella. Czy chęć podążania za modą to wystarczająca motywacja?

– Spotykałem ludzi idących z różnych powodów. Czasami ktoś szedł, bo ważył za dużo i chciał schudnąć. Ktoś inny wyruszył, bo słyszał, że szlak jest bardzo popularny i ma długą tradycję – początki sięgają średniowiecza. Spotykałem także ludzi idących w celach turystycznych, aby sprawdzić samego siebie na długodystansowym pieszym szlaku. Oczywiście bardzo dużo pielgrzymów wędruje z powodów religijnych, aby doznać oczyszczenia duchowego, aby spotkać Pana Boga. Ci mają swoje intencje i z myślą o nich ponoszą trud i zmaganie – forsowny marsz w upale, czterdzieści kilometrów dziennie. Jednak moje doświadczenie jest takie, że niezależnie od motywów, które skłoniły kogoś do wyruszenia, często dzieją się przepiękne rzeczy w sferze duchowej. Ciekawym świadectwem jest książka „Nie idź tam, człowieku!”. Jej autor, Andrzej Kołaczkowski-Bochenek, kiedy wyruszał na szlak do Santiago, był ateistą. Okazuje się, że Pan Bóg ma naprawdę zaskakujące sposoby działania i z powodów zupełnie z Nim niezwiązanych ktoś może odkryć zupełnie nową, duchową rzeczywistość. Ja się już zaraziłem pielgrzymowaniem do Santiago de Compostella – szedłem dotąd trzy razy. Pierwszy raz wyruszyłem prawie spod granicy hiszpańsko-francuskiej, z Pampeluny. Droga do Santiago zajęła dwadzieścia kilka dni. Była to znakomita okazja do ewangelizacji, ponieważ spotkałem mnóstwo ludzi, nie tylko wierzących czy katolików. Wyjątkowy czas na spowiedź, rozmowy, rekolekcje – osobiste, a także dla innych.

– W naszym kraju pielgrzymowanie jest szczególnie popularne.

– To tradycja, która trwa od wieków i jest bardzo ważna. W sierpniu z wielu miejsc w Polsce wyruszają pielgrzymki do Częstochowy. Sam trzykrotnie szedłem tam z różnych miejscowości na północy Polski. To piękne doświadczenie, choć czasami, trzeba przyznać, bardzo trudne. Jednak z pewnością warto takie rekolekcje w drodze odbyć. Jest to również okazja doświadczenia poczucia duchowej wspólnoty dzięki dzieleniu drogi z innymi i przede wszystkim dzięki wspólnej modlitwie. A przecież mamy też lokalne sanktuaria, do których ludzie pielgrzymują prywatnie lub biorą udział w pielgrzymkach autokarowych. Myślę, że głównie z motywów religijnych, z potrzeby spotkania z Panem Bogiem, przebywania w miejscu świętym. Sądzę, że tych ludzi, którzy modlą się o cud, o różne rzeczy, prowadzi tam wiara. I – co najważniejsze – rzeczywiście wiele takich cudów się dzieje, przede wszystkim duchowych.

– Czy ma Ojciec jakieś szczególne pątnicze wspomnienie?

– Podczas pielgrzymki do Santiago na końcowym etapie moi znajomi zgubili drogę i pierwszy dotarłem do celu. Zgodnie z tradycją Camino de Santiago wchodzi się do katedry i podchodzi do figury św. Jakuba, którą obejmuje się za nogi. Jako ludzie mamy potrzebę, żeby przeżyć także za pomocą zmysłów taki ważny moment. Pomyślałem, że poczekam na moich przyjaciół i pójdziemy tam razem. Kiedy przekroczyłem próg katedry, pierwszą rzeczą, którą zobaczyłem, była kaplica Najświętszego Sakramentu. Poczułem, że tam właśnie chcę pójść. Stało się dla mnie oczywiste, że przebyłem pieszo tyle kilometrów nie po to, aby dotknąć figurki czy stracić zbędne kilogramy, ale by spotkać się z Jezusem. To było jak olśnienie.

Anna Oller,
o. Przemysław Raczkowski









„Pielgrzym” 2016, nr 21 (701), s. 30

Kiedy przekroczyłem próg katedry, pierwszą rzeczą, którą zobaczyłem, była kaplica Najświętszego Sakramentu. Poczułem, że tam właśnie chcę pójść. Stało się dla mnie oczywiste, że przebyłem pieszo tyle kilometrów nie po to, aby dotknąć figurki czy stracić zbędne kilogramy, ale by spotkać się z Jezusem.