Jadąc samochodem do Nowego Miasta Lubawskiego, dokąd prowadziła mnie posługa duszpasterska, rozmyślałem o odbytej tuż przed wyjazdem rozmowie telefonicznej…


Otóż, zadzwonił do mnie kolega ze szkolnej ławy z pewną prośbą. W młodości obaj byliśmy ministrantami, chodziliśmy też do tego samego ogólniaka i swego czasu on nawet zamierzał pójść do seminarium. Dzisiaj jest wziętym adwokatem – ma wypasiony dom i dobrze mu się wiedzie. Oczywiście uważa się za człowieka wierzącego, bo zdarza mu się – jak to określił – bywać w kościele. Zdziwił mnie jednak swoimi poglądami, bo w pewnej chwili stwierdził: „Zastanawiam się, po co Bóg stworzył taki parszywy świat – z nędzą, głodem – i jeszcze nie raczy kiwnąć palcem, by temu zaradzić”. Cóż, każdy ma prawo do swoich przekonań – pomyślałem i delikatnie zasugerowałem: „Skoro nie podoba ci się ten świat, na którym żyjesz, to może sam spróbowałbyś coś zrobić, by zaradzić panującej na nim nędzy? Możesz przecież wspomóc walkę z głodem, dając swoją złotówkę na ten cel”. Mój kolega przerwał mi jednak, stwierdzając: „Stary, a czy to moja sprawa? Kościół powinien się tym zająć i łożyć na to z kasy, którą bezlitośnie ściąga ze swoich owieczek, mówiąc o jakimś miłosierdziu, a w sumie chodzi mu tylko o zbijanie kasy. Zresztą to także wina Jana Pawła II, który nie zreformował Kościoła. Mamy tego efekt – skostniałą instytucję z anachronicznymi normami, w dodatku z niedobrymi księżmi”. Gdy mój kolega powiedział już wszystko, co miał do powiedzenia na ten temat, zaczął roztkliwiać się nad samym sobą, dochodząc do wniosku, że on to ma jednak fajne życie, że mu się udało, i żal mu tych wszystkich, którzy nie mogą związać końca z końcem.
Zapytałem więc: „Jeśli tak ci żal tych, którym źle się powodzi, to powiedz, czy zdarzyło ci się, byś jako wzięty adwokat przyjął jakąś sprawę człowieka, który nie ma pieniędzy, by opłacić twoje honorarium?”. W tym momencie, oburzony, prawie wykrzyknął: „A coś ty – ja jestem adwokatem i mam kancelarię, więc jak ktoś chce skorzystać z moich usług i chce bym go reprezentował, niech płaci – ja po to się uczyłem, by teraz zarabiać, a to księża są po to, by służyć i robić za friko”. W tym momencie doszedłem do wniosku, że nadajemy raczej na innych falach, poza tym czas mnie przynaglał i musiałem ruszać do Nowego Miasta. Chciałem więc delikatnie zakończyć rozmowę, lecz on powiedział jeszcze: „Wiesz, kiedy moja mama była już w ciężkim stanie, tuż przed śmiercią poprosiłem ją, żeby przyszła do mnie i powiedziała, jak tam jest po tej drugiej stronie, i wyobraź sobie, że nie przyszła. Co ja wobec tego mam myśleć: czy jest tam coś po śmierci, czy też nie? Jednak na wszelki wypadek, gdyby po śmierci coś tam było, to powiedz mi jako fachowiec w tej dziedzinie, ile muszę zmówić koronek, by moja mama była tam szczęśliwa – zasługuje przecież na to, bo tyle jej zawdzięczam”. W tym momencie nie wytrzymałem i może nieco złośliwie powiedziałem: „Wiesz, ile trzeba zmówić koronek, to nie wiem, ale tak myślę, że może papież Franciszek będzie wiedział, więc spróbuję się z nim skontaktować, a póki co będę w modlitwie pamiętał i o tobie, i o twojej mamie”.
Po zakończeniu naszej rozmowy pomyślałem: biedne to Matczysko, które znałem. Wychowała mojego kumpla, wykształciła go, a na koniec zrobiła mu taki afront, bo nie raczyła przyjść po śmierci i powiedzieć synusiowi, jak tam jest. I tak rozmyślając nad naszą rozmową, dojechałem do Nowego Miasta, nad którym góruje kwadratowa wieża gotyckiej świątyni z odnowionym dachem i murami. Do rozpoczęcia pierwszego nabożeństwa pozostało niewiele czasu, więc szybko skierowałem się w stronę wejścia do kościoła. W wiekowej świątyni tłum wiernych już czekał. Pomyślałem: zdaniem mojego kumpla Kościół jest taki skostniały, a tu – tylu wiernych! Czyżby więc ci wszyscy zgromadzeni byli jakimiś reliktami? Jakimś wymarłym gatunkiem, który nie wiedząc jak, uchował się jeszcze i nie dał schować się do archiwum? Myśląc o tym, uświadomiłem sobie, że też jestem reliktem, bo ostatni raz w tym kościele byłem wiele lat temu – jeszcze za poprzedniego proboszcza, bo pod „rządami” obecnego, aż wstyd się przyznać, niestety nie byłem. Dzisiaj już wiem, ile straciłem. Rozglądając się bowiem po wnętrzu kościoła, doznałem szoku. Jego wygląd mnie zauroczył. To prawdziwa perełka, obfitująca w unikatowe zabytki sztuki sakralnej, a jej monumentalność wprawia w zachwyt. Poddane fachowej renowacji wnętrze z niesamowitymi freskami, odnowione ołtarze, rzeźby, polichromie i epitafia oczarować mogą miłośników sakralnej sztuki, a cóż dopiero wiejskiego sługę ołtarza. A wszystko to zasługa obecnego proboszcza ks. Zbigniewa Markowskiego, który z odwagą i kompetencją od początku swojej kapłańskiej posługi w nowomiejskiej parafii podjął starania, by ratować ten wyjątkowy zabytek i ukazać jego piękno, co się udaje  dzięki wspólnemu wysiłkowi miejscowej wspólnoty parafialnej, a także wielu środowisk, instytucji i osób.
Oczywiście ta świątynia to nie tylko zabytek sztuki i dziedzictwo narodowej kultury, lecz przede wszystkim miejsce modlitwy i kultu, zaś w blasku jej piękna można przeżyć majestat sprawowanej liturgii – wnet mogłem się o tym przekonać. Z kolei kilka dni pobytu w nowomiejskiej parafii dało mi możliwość doświadczenia – choć w niewielkim stopniu i szczątkowo – żywotności tej wspólnoty parafialnej, tętniącej życiem religijnym, czego dane mi było doświadczyć w czasie mojej posługi duszpasterskiej, co prawda krótkiej, ale jakże duchowo ubogacającej.
Miałem możliwość ujrzenia tak wielu ludzi lgnących do Boga. Jak się więc to ma do stwierdzenia mojego znajomego ze szkolnych lat o skostniałym Kościele i do twierdzeń mu podobnych, że Kościół jest w ruinie i stoi nad przepaścią? Oczywiście to, czego doświadczyłem w nowomiejskiej parafii, jest zasługą samych zainteresowanych – tych, którzy ten Kościół tworzą, i chwała im za to!
Nie dajmy sobie wmówić, że Kościół jest skostniały, a księża aż tacy źli. Widziałem, więc mogę zaświadczyć, że w duchu podziwiałem nowomiejskiego proboszcza, kiedy każdego ranka na wiele minut przed rozpoczęciem pierwszej mszy św. kroczył do konfesjonału z brewiarzem w ręku. Jestem pewien, że ta gorliwość udziela się nie tylko obserwującym to parafianom, ale także owocuje w pracy duszpasterskiej jego współpracowników – księży wikariuszy i innych kapłanów. Urzekł mnie swoją życzliwością pomagający w parafii ksiądz Zygmunt – gotowy w każdej chwili służyć pomocą, choć mógłby odpoczywać sobie w fotelu, wszak jest już emerytem. A jakże rodzinne ciepło emanowało w plebanii, zasługa to tych, którzy tam zamieszkują i posługują. Słowem – wszystko pracowało jak w szwajcarskim zegarku, bo każdy znał zakres swoich obowiązków i się z nich wywiązywał. Nie martwmy się więc, że Kościół wnet się zawali, a wartości religijne zostaną schowane do archiwum, bo tak się nie stanie. Kościół nie jest skostniały, a księżą nie są aż tacy źli i nie myślą tylko o nabijaniu swojej „kabzy” – jak twierdził mój kolega – bo za friko robią naprawdę wiele rzeczy, i to dobrych rzeczy. Dziękuję, że namacalnie mogłem tego doświadczyć w nowomiejskiej parafii.

Ks. Kazimierz Wiśniewski


Fot. A. Grzyb

 


„Pielgrzym” 2016, nr 13 (693), s. 26-27

Jadąc samochodem do Nowego Miasta Lubawskiego, dokąd prowadziła mnie posługa duszpasterska, rozmyślałem o odbytej tuż przed wyjazdem rozmowie telefonicznej…