Jerozolima – z daleka i z bliska

Jerozolima jest niezwykła i wyjątkowa nie tylko dlatego, że jest Świętym Miastem, ale także dlatego, że jest jednocześnie Wschodem i Zachodem, Europą i Azją. Spotykają się tu ze sobą oko w oko wiek XIX z XXI, a przez głowy i serca jej mieszkańców przebiega granica w dramatyczny sposób oddzielająca dziś zachodni świat od świata islamu. Ale oprócz świętości, niezwykłości i magii jest przecież – równie godna uwagi – proza życia.

REKLAMA


Po raz pierwszy trafiłem do Jerozolimy właściwie przypadkiem w styczniu 2005 roku. Odtąd bywam tam regularnie, zwykle nie rzadziej niż raz w roku. Wiele osób pyta mnie: „Dlaczego ty tam tak ciągle jeździsz? Co cię tam tak ciągnie?”. Staram się im wtedy opowiedzieć o wzruszeniach towarzyszących podążaniu śladami bohaterów Biblii, o moich jerozolimskich odkryciach: o zapomnianych braciach, czyli przedstawicielach antycznych Kościołów Wschodnich – Koptach, Etiopczykach, Syryjczykach, Ormianach, których spotkanie rozbudziło we mnie zainteresowanie historią chrześcijaństwa, o fascynującym zetknięciu z judaizmem w jego zaskakującej różnorodności i wreszcie – o spotkaniu z młodym państwem Izrael, wywodzącym swe historyczne korzenie od Abrahama. „A poza tym – mówię – przecież nie jestem jedynym Polakiem, który raz trafiwszy do Jerozolimy, wraca tam tak często, jak tylko pozwalają mu na to możliwości”.
Do Świętego Miasta już czwarte tysiąclecie przybywają pielgrzymi. Dziś praktycznie z całego świata. Według danych izraelskiego Ministerstwa Turystyki w roku 2013 Izrael odwiedziło blisko trzy i pół miliona turystów z różnych krajów, w tym sto dziesięć tysięcy Polaków. Teraz pewnie przyjeżdża ich zresztą jeszcze więcej, bo uruchomienie w ostatnich latach tanich połączeń lotniczych do Tel Avivu z kilku polskich miast na pewno znacząco wpłynie na liczbę osób decydujących się na odwiedzenie Izraela. Z tych statystyk wynika także, że co najmniej kilkaset tysięcy Polaków było już w Izraelu i miało okazję odwiedzić Jerozolimę, ulegając niezwykłemu urokowi tego miasta.
Mówi się o niej: magiczna, fascynująca, jedyna w swoim rodzaju. Ci, którzy z niej wracają, przywożą pod powiekami obrazy miejsc niedających się łatwo zapomnieć. Dla większości z nich – niezależnie od tego, czy są chrześcijanami, muzułmanami lub żydami, wizyta w Jerozolimie to przede wszystkim głębokie przeżycie religijne. Dlatego nazywa się ją Świętym Miastem. Jej życie toczy się w równoległym rytmie monoteistycznych pobożności, które mimo wszelkich, nieraz dramatycznych, różnic i konfliktów dzielących ich wyznawców współistnieją tu jakoś na co dzień obok siebie. I choćby już z tego tylko powodu Jerozolima jest jedyna w swoim rodzaju. Ale nie tylko z tego powodu. Również dlatego, że chyba nigdzie indziej na świecie nie przeżywa się w tak namacalny sposób kontaktu z historią. Spacer po znanych z opisów biblijnych miejscach zdarzeń sprzed dwóch, a nawet trzech tysięcy lat gdzie indziej nie mógłby się nam przydarzyć.
Jerozolima jest niezwykła i wyjątkowa także dlatego, że jest jednocześnie Wschodem i Zachodem, Europą i Azją, że spotykają się tu ze sobą oko w oko wiek XIX z XXI, a przez głowy i serca jej mieszkańców przebiega granica w sposób dramatyczny oddzielająca dziś zachodni świat od świata islamu. Ale bez popadania w egzaltację. To jest przecież także zwyczajne miasto, w którym się żyje, chodzi do szkoły, pracuje, robi zakupy, załatwia interesy. A więc oprócz świętości, niezwykłości i magii do głosu dochodzi równie godna uwagi proza życia. Jedno i drugie w jednakowym stopniu jest warte poznania.

Kolor Jerozolimy
Najczęściej przylatujemy do Izraela nocą. Kiedy po wylądowaniu i kontroli na lotnisku Ben Guriona w Tel Awiwie wychodzimy przed terminal, niezmiennie jesteśmy zaskoczeni tym, że jest tu o wiele cieplej niż w Polsce. Pakujemy bagaże do jednego z mikrobusów stojących przed terminalem, zwanego szerutu, i autostradą ruszamy do Jerozolimy. Za oknem powoli zaczyna szarzeć. Po obu stronach szosy z szarości wyłaniają się zarysy skalistych wzgórz. I wtedy po raz pierwszy widzimy ten kolor – mleczno-kawowy. To wapień, z którego składają się tutejsze skały. Pozyskiwany z nich kamień był naturalnym materiałem budowlanym na tym terenie od niepamiętnych czasów. Brytyjczycy w czasie trwania ich mandatu wydali do dzisiaj obowiązujące zarządzenie, nakazujące, aby wszystkie budynki w Jerozolimie, nawet jeśli ich naturalnym budulcem jest cegła lub beton, na wierzchu obłożone były warstwą z jerozolimskiego wapienia. Dzięki temu większość budynków w Jerozolimie – od pozostałości muru Świątyni Jerozolimskiej z czasów Heroda, przez okazałe kościoły budowane tam przez krzyżowców, późniejsze budowle z czasów tureckich, modernistyczne budownictwo czasów Mandatu Brytyjskiego, aż po te najnowocześniejsze, budowane dzisiaj – są tej samej barwy. Genialny pomysł. I niesamowity efekt! Bo dzięki temu można powiedzieć, jakiego koloru jest Jerozolima.
Po niespełna godzinnej jeździe, w jaśniejącej z minuty na minutę porannej szarówce wjeżdżamy do Jerozolimy. Ulice są jeszcze puste. Tylko kiedy przejeżdżamy przez dzielnice zamieszkane przez ortodoksów, widzimy pojedynczych mężczyzn z modlitewnikami w rękach, najprawdopodobniej śpieszących na poranne modlitwy do swoich synagog. Kiedy wysiadłszy z szerutu, stajemy z walizkami na brzegu chodnika, obok nas w obu kierunkach pośpiesznie przesuwają się brodaci i pejsaci mężczyźni w czarnych marynarkach lub płaszczach za kolana i w kapeluszach tego samego koloru na głowach. Właściwie oni się przesuwają – to najlepsze określenie ich sposobu poruszania się. Chodzi nie tyle o to, że wszyscy robią to bardzo szybko, jakby szkoda im było każdej chwili, ale o to, że zmierzają takim charakterystycznym, drobnym, nerwowym, pospiesznym krokiem. Zdarza się, że raz po raz nawet podbiegają po kilka kroków. Ale jednocześnie (prawdopodobnie przez te duże czarne kapelusze) idą wyprostowani, nie poruszając samymi głowami. W ruchu są tylko ich nogi, tułowia, ramiona – głowa nigdy – ona jakby płynie w powietrzu. Wygląda to tak, jakby mężczyźni ci sunęli, płynęli w powietrzu. Widok jedyny w swoim rodzaju. W jednym momencie staje się jasne, skąd się wzięli fruwający w powietrzu chasydzi na obrazach Chagalla. Niektórzy z porannych przechodniów trzymają przed sobą otwarte modlitewniki, idąc, odmawiają z nich jakieś modlitwy. Sprawiają wrażenie zjaw z innego świata, jakiejś fantasmagorii. A jednocześnie są tacy realni. W przejrzystym, jerozolimskim powietrzu wszystko widać tak wyraźnie – każdy szczegół ubrania, wstążkę na rondzie kapelusza, każdy skręt pejsa dyndającego spod kapelusza. Przechodząc obok nas, najczęściej spuszczają wzrok albo odwracają głowy.

Jerozolimskie Nowe Miasto
Dla przyjeżdżających tu najważniejsze jest oczywiście Stare Miasto, czyli otoczony murem, lekko spłaszczony romb o powierzchni około jednego kilometra kwadratowego. Obecne Stare Miasto w sporym stopniu pokrywa się z terenem Jerozolimy z czasów Jezusa. To tu znajduje się Bazylika Grobu, to tędy wiedzie Via Dolorosa, to tu na Wzgórzu Świątynnym znajdują się święte budowle muzułmanów – Meczet Al Aksa i Kopuła Skały, i wreszcie – to tutaj jest najświętsze miejsce judaizmu, słynna Ściana Płaczu. Zwiedzając Jerozolimę, warto jednak pamiętać, że Stare Miasto zajmuje zaledwie jeden procent jej powierzchni. I że w dodatku jest to część Jerozolimy bardzo „nietypowa”, niepodobna do innych jej dzielnic (obojętne – żydowskich czy arabskich). Większość znanych mi jerozolimczyków bywa tam rzadko albo wcale. A tymczasem to do tej części właśnie ogranicza się znajomość Jerozolimy w przypadku większości odwiedzających ją pielgrzymów i turystów. Natomiast jeżeli przyjeżdża się do Jerozolimy na trochę dłużej i kiedy po zwiedzeniu najważniejszych dla każdego z nas Świętych Miejsc zostaje nam jeszcze trochę czasu na bliższe poznanie miasta, warto pamiętać, że poza starówką w Jerozolimie znajduje się wiele innych ciekawych, ważnych i wartych odwiedzenia miejsc. Choćby wąskie uliczki Mea Shearim, gdzie można przyjrzeć się z bliska życiu ultraortodoksyjnej społeczności. Mieszkający tam chasydzi stanowią egzotyczną, malowniczą, ale i hermetyczną społeczność, wyróżniającą się rygorystycznym podejściem do praktyk religijnych, stylem życia, a także ubiorem. To ostatnie nie tylko stanowi o ich egzotyce, ale jest także ważną informacją dla wybierających się do tej dzielnicy turystów. Obowiązujące w Mea Shearim zasady wymagają również od zwiedzających zachowania skromności w ubiorze. W odniesieniu do pań oznacza to: żadnych spodni, zwłaszcza krótkich, a za to długie (za kolana) spódnice i zakryte ramiona. W przypadku panów raczej odradzałbym szorty. Kto chce, może także założyć jakieś nakrycie głowy, choć nie jest to absolutnie wymagane. Jest też źle widziane, gdy pary w miejscach publicznych zbyt ostentacyjnie okazują sobie bliskość – obejmują się czy całują. Poza tym, jeśli się zwiedza tę dzielnicę w czasie szabatu, trzeba pamiętać, by na ulicy nie palić ani nie używać telefonów komórkowych.
Oczywiście koniecznie warto wybrać się wieczorem do centrum i przespacerować po deptaku Ben Yehuda i posłuchać występujących na placu Syjonu ulicznych muzyków, wstąpić na drinka do któregoś z modnych barów w rozrywkowym centrum Jerozolimy, mieszczących się przy malowniczej uliczce Nachalat Shiva. Koniecznie warto się też wybrać do kolonii artystów przy ulicy Emek Refaim, a po drodze wstąpić na Stary Dworzec Kolejowy. Dziś nie zajeżdżają już na niego pociągi, bo ta część starej linii kolejowej jest wyłączona z użytku, ale dworzec za to wspaniale wyremontowano i zamieniono w centrum rekreacyjne z licznymi restauracyjkami i barami. Lubiącym romantyczne klimaty polecałbym spacer wąskimi uliczkami po romantycznej dzielnicy Nachlaot, usytuowanej w samym sercu miasta, wyglądem i nastrojem przypominającą małe miasteczka, gdzie przy odrobinie szczęścia można spotkać któregoś ze sławnych izraelskich muzyków czy artystów, którzy wybrali tę klimatyczną dzielnicę jako miejsce zamieszkania. Poza tym być w Jerozolimie i nie wybrać się na zakupy na targowisko Mahane Yehuda – to jak być w Paryżu i nie pójść na Montmartre. Bo Mahane Yehuda żyje nie tylko w dzień jako targowisko. Swoje drugie życie rozpoczyna wieczorem, kiedy przeistacza się w najmodniejsze i najbardziej hipsterskie miejsce spotkań, na którego atmosferę składają się nie tylko otwierane tam wieczorami barki i knajpki oraz tłumy głównie młodych ludzi, ale także niesamowita galeria ciekawych murali umieszczonych na żaluzjach większości stoisk, które ukazują się oczom widzów dopiero po zamknięciu sklepików.
No i absolutnie koniecznie trzeba zwiedzić Muzeum Izraela, w którym oprócz unikalnego zbioru judaików i świetnej kolekcji sztuki współczesnej są przecież wystawione rękopisy ksiąg Biblii sprzed dwóch tysięcy lat, znalezione w grotach w Qumran. Na pewno też warto udać się tramwajem do Yad Vashem, żeby odwiedzić Ogród Sprawiedliwych wśród Narodów Świata i poruszające Muzeum Holocaustu. A stamtąd przecież już tylko parę kroków na Wzgórze Herzla do arcyciekawego muzeum twórcy syjonizmu. Tylko że wychodząc poza jerozolimskie Stare Miasto, trzeba trochę zmienić sposób zwiedzania. Już nie będzie to ścisłe trzymanie się wskazówek w przewodniku, śpieszne przechodzenie od jednego punktu do drugiego, tak, aby zdążyć zobaczyć jak najwięcej, aby zmieścić się w wyznaczonym czasie. To będą raczej niespieszne spacery po mieście, po wybranych jego dzielnicach, z rozglądaniem się na boki, skupianiem na rozmaitych detalach i przyglądaniem się codziennemu życiu jego mieszkańców.

Miasto i ludzie
Kiedy po raz pierwszy przyjechałem do Jerozolimy, moja uwaga – jak prawie każdego turysty – skupiona była wyłącznie na tutejszych śladach Biblii. Nic innego się nie liczyło. Specjalnie starałem się nawet, żeby nic nie zakłócało mi nastroju kontemplacji związanej z tymi miejscami. Miałem świadomość, że obraz Jerozolimy, jaki powstał we mnie w czasie wędrówek po Starym Mieście i położonych w jego okolicach świętych miejscach, był oczywiście obrazem wyidealizowanym i trochę odrealnionym, ale to za nim właśnie bardzo tęskniłem w Polsce. Kolejne przyjazdy nie zatarły tamtych pierwszych wrażeń i odczuć, ale zacząłem stopniowo poznawać również jerozolimską teraźniejszość. Moje przyjazdy do Jerozolimy stały się okazją nie tylko do odwiedzania miejsc, ale także do spotkań z ludźmi. Były to czasem przelotne znajomości z przypadkowo spotkanymi osobami, ale także prawdziwe przyjaźnie, które dziś nadają znaczenie, intensywność i barwę moim wizytom w tym mieście.
W sposób nieuchronny prowadziło to również do konfrontacji z najważniejszym dzisiaj problemem tego miasta – jego podziałem i wynikającymi z niego konfliktami. Przyczyniły się do tego moje spotkania z ludźmi, na których życiu ten podział wywiera codzienne piętno. Nie zacząłem jednak postrzegać Jerozolimy wyłącznie przez pryzmat tych konfliktów. Jest inaczej. To te konflikty postrzegam teraz przez pryzmat mojej wiedzy o Jerozolimie, jej historii – odległej i niedawnej – oraz jej teraźniejszości, która w całym swoim skomplikowanym jestestwie wciąż nie przestaje mnie urzekać i fascynować.

Marek Suchar


„Pielgrzym” 2017, nr 18 (724), s. 20-23

Udostępnij ten artykuł:

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.