Po co ten wyścig?

Przed podróżą nasze życie było jednym wielkim wyścigiem. Mogłabym porównać nas do życiowych maratończyków. 5.30 pobudka. 6. szybkie śniadanie i wyjazd do szkoły. 7.30 praca. Wieczorem to samo: kolacja, lekcje i spać. Czasami dodatkowe zajęcia pozalekcyjne – angielski, pływalnia, tenis…

REKLAMA


Pewnego wieczoru, kiedy kolejny raz – czytając książkę córce – zasnęłam, zmieniło się wszystko. Łucja oznajmiła, że jestem najgorszą mamą na świecie, i postanawia zastąpić mnie audiobookiem. Wyprosiła mnie ze swojego pokoju, a ja zaczęłam się zastanawiać, jakim jestem rodzicem. Czego nauczyłam dziś wieczorem moją córkę? Czy moje dzieci przyszły na świat po to, aby uczestniczyć w jakimś wyścigu…?
Długo rozmawiałam z mężem i postanowiliśmy to zmienić. Ratunkowym kołem miało być marzenie dotychczas zawsze odkładane. Rodzinna podróż dookoła świata.
Sprawa nie była jednak łatwa, bo otaczali nas malkontenci, którzy na mój pomysł reagowali tak:
– Jak możesz zrobić to swoim dzieciom! Rok bez szkoły! – to przyjaciółka.
– Jesteś egoistką. Kosztem dzieci realizujesz swoje marzenia – to ciotka.
– Co z pracą? Takie dobre stanowiska chcecie porzucić! Jesteście lekkoduchami! – a to teść.
No i jeszcze znany toruński dziennikarz:  – Przecież porwą Ci córkę i zgwałcą.
Mimo to 15 czerwca 2014 roku, trzymając męża i dzieci za ręce, leciałam do Gwatemali. Zostawiliśmy wszystko. Dom, pracę, rodzinę, przyjaciół i kota Bolusia (u przyjaciół). Byliśmy najszczęśliwsi na świecie, bo odważyliśmy się ruszyć drogą naszych marzeń. Potem poszło już z górki. Podczas rocznej podróży przejechaliśmy 114 tys. kilometrów. To tak, jakby dwa i pół raza okrążyć kulę ziemską.
W autobusach, pociągach i na statkach przespaliśmy 33 noce. Większość przejechaliśmy na kołach, ale kilka razy płynęliśmy statkami, w których spędziliśmy ponad 100 godzin. Wjeżdżając do 41 państw świata i 3 autonomicznych terytoriów (Macao, Hong Kong i Zanzibar), 60 razy przekraczaliśmy granicę. Do niektórych państw wracaliśmy po kilka razy i ledwo starczyło nam miejsca w paszportach. 26 razy spaliśmy w namiocie na karimacie. Większość z namiotowych „miejscówek” nie było zbyt oficjalnych, jak piasek kubańskiej plaży w Varadero, szczyt wulkanu San Pedro w Gwatemali i lodowiec Perito Moreno w Chile. Inne: w górach, dżungli i nad jeziorami, były zawsze ciekawym przeżyciem pod hasłem: „ciekawe, czy tu też nam się uda…”. Na zawsze zapamiętamy dźwięk „śmiejącej się” hieny obok naszego namiotu w tanzańskim parku narodowym Serengeti i noc na końcu świata w argentyńskim Ushaia, gdzie przy zerowej temperaturze patagoński wiatr pokazał nam, kto rządzi tysiąc kilometrów od Antarktyki.
Najczęściej jednak spaliśmy u rodzin. To jest wielkie osiągnięcie tej wyprawy. Gościliśmy u dziesiątek osób, poznając, jak żyją. Kiedy wstają do pracy, jak spędzają w różnych krajach czas wolny i co jedzą na kolację. Wiemy, czym się interesują i jak wyglądają mieszkania na różnych kontynentach świata. 184 razy byliśmy gośćmi poznanych ludzi i nie liczymy tu zaproszeń bez noclegów, czyli gościnnych kolacji, obiadów i śniadań. Gościliśmy w luksusowych domach z basenami, służbą i kilkoma sypialniami oraz w indiańskich szałasach i drewnianych chatach w Afryce. Spotkaliśmy się z 5 ambasadorami, ministrem turystyki Laosu, bangladeskim biskupem, kilkoma burmistrzami miast i prezydentem Wientianu. 18 nocy zapewniły nam polskie placówki dyplomatyczne i ministerstwa odwiedzanych państw. 80 razy spaliśmy w kościołach, z których najczęściej gościli nas Salezjanie. Wojtek, uczeń salezjańskiej Szkoły Podstawowej w Toruniu, wiele razy „załatwiał” nam zaproszenia dla całej rodziny.

Szkoły świata
Projekt „Szkoły świata” powstał jeszcze w Polsce. Wiedzieliśmy, że podczas podróży będziemy „brali” od innych. Nocleg, wspólna kolacja czy pomoc w transporcie to zawsze było branie. Nie mogliśmy z Polski zabrać ze sobą nawet najdrobniejszych upominków, bo każdy gram w plecaku dawał znać o sobie po chwili noszenia. Chcieliśmy, aby nasze dzieci umiały dać coś od siebie innym, i tak powstał projekt „Szkoły świata”. Łucja i Wojtek odwiedzili 48 szkół w 28 państwach świata, opowiadając o Polsce, naszych tradycjach i kulturze. Podczas spotkań śpiewaliśmy hymn i tańczyliśmy Poloneza. Pokazywaliśmy bajki Bolka i Lolka i Reksia. Jedno z najciekawszych spotkań odbyło się w Bangladeszu. Odwiedziliśmy tam muzułmańską szkołę z nauczycielkami i dziewczynkami ubranymi w burki. Byliśmy też w malutkiej szkole w Lokhikul w Bangladeszu, gdzie jedyny polski misjonarz w tym kraju, brat Paweł Kociołek, uczy dzieci w blaszanej salce bez okien i drzwi przy 38 stopniach gorąca i 95 proc. wilgotności.
Widzieliśmy rodzinę strusi, hien i wielorybów. Nasze dzieci bawiły się z trzymiesięcznym lwem w domu naszych gospodarzy w Cancun. Potem biegały w Andach za lamami, alpakami i mikuniami oraz nurkowały z rekinami, manatami i żółwicami w Meksyku. Jedną z nich nawet uratowaliśmy, gdy po urodzeniu jaj, zaklinowała się na plaży! Widzieliśmy foki, żyrafy, hipopotamy, orły, sępy, zebry, kondory, skunksy, pingwiny i lwy morskie. W Afryce przejeżdżaliśmy obok milionów zwierząt, które rozpoczynały właśnie wielką migrację. Podczas trzydniowego pobytu w największym rezerwacie świata w Tanzanii spotkaliśmy wielką piątkę afrykańskich zwierząt: słonia, lwa, lamparta, nosorożca i bawoła. W dniu 44. urodzin mojego męża w drodze na granicę Botswany z Namibią minęliśmy idącą lwicę, która wyraźnie była zdziwiona… naszym zdziwieniem.
W Gwatemali spaliśmy w namiocie na szczycie trzytysięcznego wulkanu San Pedro, gdzie wdrapaliśmy się w czwórkę. W Peru tata Wojtek, pokonując objawy choroby wysokościowej, zdobył swój pierwszy w życiu sześciotysięcznik i zaraz potem z małym Wojtkiem kolejny w Boliwii. Teraz rekord rodziny Łopacińskich wynosi 6088 metrów nad poziomem morza. W Afryce dwa Wojtki Łopacińskie po pięciodniowej wspinaczce rozpłakali się na szczycie Kilimandżaro, najwyższej górze Czarnego Kontynentu.

Byliśmy razem przez 393 dni
Przede wszystkim byliśmy przez rok razem ze sobą. Wspólnie przeżyliśmy te przygody. To z nami dzieci zobaczyły pierwszy raz w życiu wulkan, wieloryba, lodowiec, lwa morskiego i pustynię. Zobaczyły też, że będąc otwartym na drugiego człowieka i mając odwagę poprosić obcą osobę o pomoc, można wiele uzyskać. Miały okazję nauczyć się tej otwartości i z niej korzystać. Teraz mają do spłacenia wielki dług. Czy coś zrozumiały? Nie wiem. Nie wszystko muszą od razu pojąć. Mają swój czas. Są jeszcze dziećmi. Na pewno gdzieś w ich głowach, uczuciach i charakterach zostaną te przygody. Myślę, że ta podróż je zmieniła. Poznając bogactwo, biedę, trud i przyjemność, ludzi ciekawych i tych, którzy beznadziejnie tracili swoje życie przed telewizorami, sami zadecydują, jak będą chcieli żyć, gdy dorosną. Ich przyszłość jest teraz w ich rękach. My, jako rodzice, pokazaliśmy im w tej podróży przykłady rożnych sposobów na wykorzystanie swojego czasu tu na Ziemi.

Pierwszy raz
Wiele przygód przeżyliśmy pierwszy raz w życiu. W Valparaiso, najpiękniejszej (według taty) miejscowości tej podróży, karmiliśmy w nocy bezdomnych na ulicach. W Puno tańczyliśmy 1 listopada na cmentarzu z peruwiańską rodziną, a w La Paz uczestniczyliśmy w święcie czaszki, podczas którego ludzie wynoszą z domów szczątki swoich bliskich. W Panamie przeżyliśmy atak termitów, które obsiadły nasze plecaki, a w Nasca dotykaliśmy mumii na pustyni i lataliśmy nad tajemniczymi liniami płaskowyżu. Zjechaliśmy rowerem Carretera de la muerte – najniebezpieczniejszą drogę świata. W Nikaragui odbyliśmy lekcje surfowania, a w Hondurasie każdej nocy słyszeliśmy strzały i pojechaliśmy do najniebezpieczniejszego miasta świata – San Pedro Sula. W Afryce przyglądaliśmy się posiłkowi lwów pożerających świeżo upolowaną antylopę i odwiedziliśmy wioskę Masajów. W starej stolicy Laosu, Luang Prabang, częstowaliśmy o 5 rano buddyjskich mnichów, a potem mieliśmy spotkanie z 30 absolwentami polskich uczelni.

Długi azjatycki męski paznokieć
Denerwowało nas wymuszanie przejazdu na ulicach w Indiach i plucie w bangladeskiej stolicy. Niesamowite było bekanie i kichanie w Chinach oraz jedzenie rękoma w Afryce. Dziwiło głaskanie butów na powitanie w Bangladeszu i gotowanie herbaty na ogniu w masajskim domu bez komina. Ciekawiły długie paznokcie na jednym palcu u azjatyckich mężczyzn i wiadra z wodą zamiast papieru toaletowego w łazienkach. Śmieszyły maski na twarzach i parasole chroniące Chińczyków przed opalaniem i ich kult białego ciała. Świat jest ciekawy i podróżując, można wspaniale poczuć jego odmienność od naszego europejskiego życia.

Otwarte serca
Na każdym kroku za to odczuwaliśmy ludzką sympatię. W chilijskim Coyhaique, gdy na ulicy zapytaliśmy o miejsce na rozbicie namiotu, nieznajomi ludzie zabrali nas do domu, a w Bogocie znaleźliśmy nocleg w autobusie. Łowiliśmy małże z rybakami na plaży w La Serena w Chile i wydobywaliśmy sól z peruwiańską rodziną Marcos w Salar de Maras. W Argentynie, gdy poprosiliśmy o zgodę na rozbicie namiotu przed ogrodem, zjedliśmy najlepszą na świecie baraninę u Vaniny i Roberto, którzy ubili dla nas jedną ze swoich 8 tysięcy owiec. Mamy teraz znajomych, przyjaciół, kontakty i zaproszenia do powrotu w każdym odwiedzonym państwie. Gdybyśmy chcieli wrócić tą samą drogą, to pewnie potrzebowalibyśmy dwa razy więcej czasu…

Świat jest niesamowity
W ciągu tych 393 dni chodziliśmy w Boliwii po pustyni solnej, a w Ekwadorze stanęliśmy na środku Ziemi. W argentyńskiej Ushuaia dotarliśmy na „koniec świata”. Popłynęliśmy nawet dalej, bo do Puerto Williams w Chile, które jest znane, jako „dalsze miasto od końca świata”. W Argentynie weszliśmy na największy w Ameryce lądolód, z którego spływa 50 lodowców. Na jednym z nich, 50-metrowej wysokości Perito Moreno, obserwowaliśmy, jak kruszą się i wpadają z hukiem do wody potężne bryły lodu. Wykąpaliśmy się we wszystkich 3 wielkich oceanach świata, a w malutkich boliwijskich gejzerach pływaliśmy w temperaturze 2 stopni Celsjusza.

Świat jest cudny
Widzieliśmy 4 architektoniczne cuda świata: Pomnik Chrystusa Odkupiciela w brazylijskim Rio de Janeiro, Chichén Itzá w Meksyku, Tadż Mahal w Indiach i Macchu Pichu w Peru. Z odwiedzonym kiedyś całą rodziną rzymskim Coloseum skompletowaliśmy już 5 z siedmiu cudów świata. Trafiliśmy na obchody 100-lecia kanału Panamskiego i przygotowania do 200-lecia urodzin Jana Bosco. Będąc w gwatemalskim Tikal, salvadorskim Joya de Ceren i Copan w Hondurasie, zwiedziliśmy najważniejsze zabytki kultury Majów. Bardzo „dokładnie” poznaliśmy najdłuższe pasmo górskie świata, Cordylierę Andyjską, jadąc autobusami wzdłuż całej jej 7,5-tysięcznej trasy. Przejechaliśmy największą solniczkę świata, Salar du Uyuni w Boliwii, i przepłynęliśmy najwyżej położone jezioro żeglowne świata, Tikicaca w Peru. W Panamie spotkaliśmy się w Sieyik z królem Reinaldem Alexi Santana Torresem, który jest ostatnim monarchą tubylczej Ameryki. W Peru spaliśmy u Indian Uros na pływającej wiosce z trzciny, a w kwietniu po raz trzeci przywitaliśmy w Bangladeszu lokalny Nowy Rok.

Życie po…
Byliśmy w chilijskim Puerto Williams, najdalej wysuniętym mieście świata. Na sławną Ushuaia patrzyliśmy od południa, będąc tylko 960 kilometrów od Antarktyki, a teraz, po powrocie, zaczęliśmy nowe życie.
Wiemy, że marzenia się spełniają. Napisaliśmy dwie książki pt. „Zabrałam brata dookoła świata”. Planujemy, że powstaną cztery. Każda z innego kontynentu. Opowiadamy w nich na cztery głosy o naszych przygodach. Ośmielamy innych do zdobywania trudnych szczytów własnych marzeń. Chcemy, żeby poczuli to, co my, gdy byliśmy razem przez okrągły rok. Chcemy, żeby polskie rodziny były mocne sobą.
Wierzymy w drugiego człowieka. Na portalu www.PolakPotrafi.pl zbieramy do 20 sierpnia wsparcie na redakcję i druk naszej kolejnej książki. Nasz projekt pt. „Książka z rodzinnej wyprawy dookoła świata” należy do najpopularniejszych inicjatyw i marzymy, że znajdzie wielu darczyńców.

Eliza Łopacińska


„Pielgrzym” 2017, nr 16 (722), s. 20-23

Udostępnij ten artykuł:

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.