Wzdłuż Prypeci i Stochodu

Może zamiast szukać gdzieś daleko pomysłu na spędzenie kilku urlopowych dni, wybierzmy się za naszą wschodnią granicę, gdzie będziemy mogli odbyć przyspieszony kurs historii Rzeczpospolitej, poznać urocze zakątki przyrodnicze i nawiązać kontakt z dobrymi ludźmi.

REKLAMA


Turystyka na Ukrainie stawia dopiero pierwsze kroki. Są oczywiście takie miejsca jak Krym, gdzie od lat rokrocznie przyjeżdżają tłumy ludzi, głównie z Rosji. Jednak inne regiony tego niezwykle ciekawego i bardzo zróżnicowanego kraju są w niewielkim stopniu traktowane jako obiekt turystycznych i wakacyjnych westchnień.
Nie inaczej dzieje się w przypadku fragmentu Polesia, który rozciąga się wzdłuż nurtu Prypeci, Stochodu i setek innych dróg wodnych obecnego białorusko-ukraińskiego pogranicza. Jedynymi właściwie przybyszami z zewnątrz, którzy przyjeżdżają tutaj w celu turystyczno-poznawczym, są Polacy. Coraz częściej są to nie tylko byli mieszkańcy okolic Kowla, Lubieszowa, tych jest zresztą coraz mniej, ale miłośnicy przyrody w jej nieskalanym wydaniu. Dolina Prypeci i jej obfite wiosenne rozlewiska przyciąga coraz liczniejszych ornitologów, ptakolubów, czy po prostu najzwyklejszych miłośników przyrody.
W maju tego roku, wraz z Klubem Podróżniczym „Horyzonty” w około trzydzieści osób, wybraliśmy się na wyprawę szlakiem Prypeci. Naszym głównym celem ornitologicznym były obserwacje sikorki lazurowej, niedużego ptaka, pobratymca dobrze nam znanych bogatek i modraszek.

W Swałowiczach
W tej przepięknej drewnianej wsi, swym wyglądem przypominającej miejscowości z XVIII-wiecznych sztychów, obserwacja lazurowych była stosunkowo łatwa. Ptaki, znajdujące się właśnie w okresie lęgowym, nieustannie pracowały nad zdobywaniem pożywienia, donosząc go wytrwale do swoich samic i narodzonego potomstwa. Większość obserwowanych przez nas gniazd umieszczona była pomiędzy stosami porąbanych drewienek, w najbliższym sąsiedztwie szop, stodół i sąsieków. Ciekawe jest to, że ptak ten, rozpowszechniony w Azji i Wschodniej Europie, nie dolatuje do Polski. Choć Swałowicze znajdują się w odległości zaledwie 150 kilometrów od naszego kraju, sikory lazurowe kończą swe bytowanie w paśmie zachodnim, w tej właśnie okolicy.
Poznani we wsi starsi ludzie, tylko tacy tam mieszkają, zgodnie ze wschodnim zwyczajem, zadziwiają swą gościnnością i otwartością. Chętnie zapraszają do swoich drewnianych domostw, gdzie prezentują nie tylko rodzinne fotografie, ale i barwne ogromne poduchy czy piece, w których nadal wypieka się chleb, a całkiem niedawno na takich glinianych źródłach domowego ciepła po prostu się spało. Swałowicze przeżyły swoją gehennę w czasie wojny. Spośród dwudziestu dwóch młodych ludzi powołanych do wojska, nie wrócił ani jeden. Dla niedużej wioski był to wyrok śmierci. Wieś nie miała szansy się odrodzić, a kolejne pokolenia młodych ludzi tylko stąd uciekały.
W drewnianych obejściach można odnaleźć prawdziwe perełki z zakresu kultury materialnej. Wspaniałe drewniane sanie, wysmukłe, niezbyt głębokie łodzie płaskodenne, więcierze, no i we wszystkich zabudowaniach tej wsi, imponujące rozmiarami drewniane żurawie nadal służące do wydobywania wody z głębokich studni. W miejscowości żyje około czterdziestu osób. Najmłodsi mają po siedemdziesiąt lat. Owszem, dzieci zapraszają do siebie, do Lubieszowa, do Łucka, do Kowla, ale starych drzew się nie przesadza. Miejscowi dobrze to wiedzą i nie ciągną ich  techniczne udogodnienia miejskie w postaci wodociągów lub kanalizacji, bo tu się wychowali, tu żyli i tu chcą zostać.

Cmentarz w Wielkiej Hłuszy
Tę miejscowość opisała prawie sto lat temu niezawodna Maria Rodziewiczówna w powieści „Florian z Wielkiej Hłuszy”. Florian to dzwon z miejscowego kościoła, ufundowany dla parafii jeszcze przez królową Bonę. Zagrożony zarekwirowaniem przez wojsko niemieckie w czasie I wojny światowej, został uratowany dzięki bohaterstwu i przemyślności miejscowych ludzi. Jednak prawdziwa tragedia wydarzyła się tutaj dopiero w czasie kolejnej wojny światowej.
Miejscowy staruszek ofiarowuje się zaprowadzić nas na polski cmentarz. „Tam niedużo grobów, ale warto pójść”. Cmentarz schował się w lesie. To dziwne, nieprawdaż? Kto urządza cmentarze w lesie? Nasz przewodnik chętnie mówi o wszystkim, ale akurat o tym, co zdarzyło się tu przed 65 laty, niewiele. Po nitce do kłębka jednak dochodzimy prawdy. Do wojny, bliżej lasu, znajdowała się polska kolonia. Sama Wielka Hłusza była prawosławna i ukraińska. Pewnego wiosennego dnia 1944 r. kolonia przestała istnieć, a kilka zagubionych w lesie nagrobków to ostatni świadkowie tamtych wydarzeń. Świadkowie, dodajmy, którzy nie mówią, ale wymownie milczą.

Po Prypeci
Wynajęci flisacy sprawnie odpychają się od niezbyt głębokiego dna i płyniemy. Nad nami rybitwy białoskrzydłe i czarne, w szuwarach liczne czaple białe, w trzcinowiskach nieustanne terkotania trzciniaków i trzcinniczków. Te pierwsze nazywają się po ukraińsku – oczeretniki, bo żyją w oczeretach. Od razu się pan Sienkiewicz z „Ogniem i mieczem” kłania.
Wczesną wiosną, w marcu, kwietniu ogromne areały sąsiadujących z rzekami pól pokrywają się wodą. Teraz, chociaż maj, też na większość terenów miejscowi mogą się dostać tylko drogą wodną. Jesteśmy świadkami, jak miejscowe konie świetnie sobie dają radę z pływaniem. Zielona łąka, potem hop do wody, piętnaście, dwadzieścia metrów płynięcia i znowu zielona łąka ze świeżą trawą. Poleszucy kochają swoje łodzie, wodę, ale chyba nade wszystko konie.

Ucha z dodatkiem deszczu
Specjalnymi zaprzęgami końskimi mamy się udać nad jedno z najpiękniejszych tutejszych jezior o nazwie Białe. Jezioro jest w istocie zielono-niebieskie, ale piasek znajdujący się na brzegach faktycznie jest bardzo drobny i niemal biały. Jezioro w części należy do Ukrainy, w części do Białorusi. Traf chce, że tego właśnie dnia zaczęło padać. Co ja mówię: lać! Zakładamy kurtki, kalosze, kto ma i kilka warstw ciepłych rzeczy, czyli ubieramy się „na cebulę”. Wiooo…
Kiedy dojeżdżamy – na wielkim palenisku gotuje się jeszcze większy sagan z wodą. Po chwili trafiają do niego warzywa, ziemniaki, przyprawy. A na końcu wiadro pochodzących z tutejszego jeziora ryb. Jest tu wszystko: płocie, liny, leszcze, minogi ukraińskie, a nawet kilka młodych szczupaków.
To była niezapomniana uczta – osmaleni ogniskowym dymem, nie zrażeni wciąż padającym deszczem, który chwilami przechodzi w ulewę, zajadamy się niepowtarzalną zupą rybną o nazwie ucha.

Pijarzy i kapucyni
„Tu kształcił swą wzniosłą duszę – Tadeusz Kościuszko 1753-1759” – taki napis można nadal odczytać na dawnym kolegium pijarskim znajdującym się w Lubieszowie. W istocie młody Kościuszko, wraz ze starszym o trzy lata bratem Józefem, pobierał nauki w miejscowej szkole. Nie był to wybór przypadkowy rodziców, ale uznanie dla renomy szkoły, powstałej po reformie zakonu pijarów dokonanej przez ks. Stanisława Konarskiego. Stąd, rzec można, młody Kościuszko, wyruszył w świat, stając się w przyszłości bohaterem dwóch narodów i kontynentów.
Właścicielami Lubieszowa od połowy XVIII w. była rodzina Czarneckich. Dla podkreślenia faktu, że miasto stało się ważnym gniazdem rodzinnym Jan Czarnecki ufundował drugi kościół katolicki w mieście i zarazem klasztor – kapucynów. O ile świątynia pijarska, zniszczona w czasie wojny, została ostatecznie wysadzona w powietrze w 1967 roku, o tyle kościół kapucynów przetrwał wszystkie zawieruchy i po 1990 roku był oddany na powrót tutejszym katolikom. Proboszczem od kilku lat jest ks. Andrzej Kwiczala, rodem z Dolnego Śląska. – Nie wyobrażam już sobie pracy duszpasterskiej w Polsce, choć to moja ojczyzna. Bardzo często bywam w kraju, ale wyzwania, które podejmuję na Ukrainie, nie pozwoliłyby mi zmienić mego miejsca pobytu – opowiada. Teraz największym zadaniem ks. Andrzeja jest odzyskanie klasztoru kapucyńskiego, a następnie jego remont. W klasztorze swoją siedzibę ma milicja, nie bardzo dbająca o budynek i jego zaplecze. Szanse na zwrot budynku są duże, a wtedy można by pomyśleć o stworzeniu tutaj domu rekolekcyjnego. Katolików w Lubieszowie nie ma zbyt wielu, zaledwie kilkanaście rodzin, ale stworzenie ośrodka rekolekcyjno-wypoczynkowego w tak atrakcyjnym przyrodniczo miejscu wydaje się być ze wszech miar ciekawym pomysłem.
Wyjeżdżając z gościnnej ziemi poleskiej, planowałem już tu kolejny pobyt.

Adam Hlebowicz


W biegu (Fot. arch. prywatne)

 


„Pielgrzym” 2009, nr 15 (513), s. 20-21

Udostępnij ten artykuł:

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.