W roku 1025 książę Bolesław Chrobry został ukoronowany na króla Polski. Sześćdziesięcioletni władca „w pełni zachował genialną przenikliwość myśli, bystrość orientacji i siłę działania (…). Korona królewska wzmagała rangę państwa, stanowiła niezbity dowód jego zupełnej niezależności” – pisał historyk Paweł Jasienica.

Sejm RP ustanowił rok 2025 Rokiem Milenium Koronacji Dwóch Pierwszych Królów Polski w Gnieźnie. „Jego [Bolesława Chrobrego] koronacja była jasnym sygnałem dla ówczesnego świata, że młode państwo polskie jest niepodległe i niezależne. Był to początek wzrastania pozycji Polski na średniowiecznej mapie Europy, która z księstwa przeistoczyła się w królestwo” – podaje izba niższa parlamentu. Zgadzając się z tym stwierdzeniem, musimy jednocześnie pamiętać, że droga prowadząca do koronacji była kręta i wyboista. Spektakularne zwieńczenie trzydziestoletniego panowania Chrobrego nigdy nie miałoby miejsca, gdyby nie wydarzenia, do których doszło ćwierć wieku wcześniej.
Zmasakrowane ciało biskupa
Pod wpływem niemieckiego cesarza Ottona III, marzącego o stworzeniu universum christianum (idea połączenia starych chrześcijańskich państw Zachodu – Italii, Galii i Germanii z nowo schrystianizowanymi państwami Słowiańszczyzny), w pierwszej połowie 997 roku przybył do Polski Wojciech Sławnikowic. Biskup Pragi za zgodą papieża Grzegorza V i w porozumieniu z Bolesławem Chrobrym miał udać się na misję chrystianizacyjną wśród pogan. Pod ochroną trzydziestu wojów wyruszył z Gniezna w kierunku Pomorza. Zatrzymał się w Gdańsku – słowiańskim mieście portowym utrzymującym stałe kontakty handlowe z Prusami. Jak pisali żywotopisarze, na miejscu przez blisko cztery tygodnie „chrzcił tłumy ludzi”. Następnie odprawił przydzieloną przez polskiego księcia eskortę i w towarzystwie przyrodniego brata Radzima-Gaudentego oraz prezbitera Boguszy ruszył dalej ku „czcicielom bałwanów”. Odziany w pontyfikalne szaty, z pastorałem w ręce i włochatą mitrą na głowie zamierzał nawracać pogan przy pomocy słowa, a nie siły. „W ówczesnym Kościele w misjach chrystianizacyjnych największym powodzeniem cieszyła się doktryna compelle intrare – zmuszaj do wejścia na ucztę Pana (…). Wojciech uciekał się do metody perswazji, naśladując w tym misjonarzy z czasów Karola Wielkiego” – podkreślał biograf czeskiego męczennika, prof. Gerard Labuda. Nie wdając się w szczegóły przebiegu misji chrystianizacyjnej Wojciecha, przejdźmy bezpośrednio do jej tragicznego zakończenia. Misjonarz wraz z towarzyszami został napadnięty przez zbrojny oddział pod wodzą miejscowego kapłana (zigo), którego obowiązkiem, wedle wyznawanych przez Prusów zasad, było zadanie wrogowi pierwszego ciosu. Tak też się stało – zigo przebił oszczepem serce misjonarza. Na Wojciecha spadły kolejne ciosy. Nieprzytomnemu biskupowi odcięto głowę i nadziano ją na pal. Zmasakrowane ciało zostało następnie wykupione przez Bolesława Chrobrego, który tragiczny los praskiego hierarchy postanowił wykorzystać do własnych politycznych celów.
Przełomowa pielgrzymka
Opowieść o męczeńskiej drodze „apostoła Prusów” wstrząsnęła światem zachodniego chrześcijaństwa. Szczególnie Ottonem III – przyjacielem Wojciecha, który zaczął aktywnie zabiegać o jego kanonizację. Bardzo szybko, bo już w 999 roku papież Sylwester II spełnił oczekiwania młodego cesarza, uznając praskiego biskupa świętym. Na fali zainteresowania męczeństwem Wojciecha ze strony zachodnich elit Bolesław Chrobry rozpoczął starania o założenie arcybiskupstwa w Gnieźnie, gdzie spoczęły Wojciechowe relikwie. Na skutek tych działań brat Wojciecha – Radzim-Gaudety został wyświęcony na biskupa, a następnie wyniesiony do godności „arcybiskupa św. Wojciecha”, z przypisaniem jej do kościoła gnieźnieńskiego. Chrobry postanowił wykorzystać śmierć Sławnikowica w jeszcze jeden sposób. Sposobność ku temu dawała zapowiedziana przez Ottona III pielgrzymka do grobu św. Wojciecha. „Następnie cesarz dowiedziawszy się o cudach, które Bóg zdziałał przez upodobanego sobie męczennika Wojciecha, wyruszał tam pośpiesznie gwoli modlitwy (…). Kiedy poprzez kraj Milczan dotarł do siedziby Dziadoszan, wyjechał z radością na jego spotkanie Bolesław (…). W miejscowości zwanej Ilva przygotował on przedtem kwaterę dla cesarza. Trudno uwierzyć i opowiedzieć, z jaką wspaniałością przyjmował wówczas Bolesław cesarza i jak prowadził go do Gniezna” – zanotował niemiecki kronikarz Thietmar. Z dalszego opisu dowiadujemy się, że w Gnieźnie utworzono pięć biskupstw na czele z archidiecezją gnieźnieńską. Co więcej, Otton miał na głowę Bolesława włożyć własny diadem cesarski i wręczyć księciu symbol władzy, tj. włócznię św. Maurycego. Wedle kronikarza Galla Anonima Otton miał powiedzieć do zebranych: „Nie uchodzi to, by tak wielkiego męża księciem nazywać lub komesem, jakby jednego spośród dostojników, lecz wypada chlubnie wynieść go na tron królewski i wywyższyć koroną”. Do dziś trwają wśród historyków spory o znaczenie tego gestu. Jednak, jak wskazywał prof. Labuda, „jedno jest pewne, że książę Bolesław przestał być trybutariuszem króla niemieckiego, a więc stał się władcą niezależnym, podobnie jak inni królowie w obrębie cesarstwa rzymskiego”. „Wizyta Ottona dała też okazję do podkreślenia pozycji Bolesława i jego państwa jako prawie królestwa (…). Można też widzieć w zjeździe gnieźnieńskim 1000 roku symboliczny akt narodzin cywilizacyjnego kręgu chrześcijańskiego, narodzin Europy w granicach ustalających się na tysiąc lat” – podkreślał z kolei prof. Jerzy Kłoczowski. „W wymiarze realnym otrzymywał polski władca – najzupełniej już królewskie – prerogatywy: własną metropolię (z zależnością tylko od Rzymu), własnego metropolitę (z jego przywilejem do przeprowadzenia aktu koronacyjnego) oraz prawo do inwestytury biskupów” – zaznaczał prof. Zbigniew Mikołejko.
Marzenie się ziściło
Pielgrzymka cesarza Ottona III do świętych zwłok oraz zjazd gnieźnieński otworzyły drogę do rzeczywistej koronacji. Wysłany do Rzymu poseł Chrobrego – opat Astryk-Atanazy rozpoczął starania o tytuł królewski dla swojego władcy. Według ówczesnych zwyczajów prawnych zależało to od Ojca Świętego. Jednak z powodu niekorzystnej koniunktury politycznej do koronacji mogło ostatecznie dojść dopiero w 1025 roku. „Pod sam koniec życia doczekał się Bolesław chwili spełnienia zamiaru powziętego przed ćwierćwieczem (…). Dany został przykład, wzór do naśladowania dla potomnych. Nigdy w przyszłości nie mieli już Polacy zapomnieć o uzyskanej koronie (…). Korona królewska wzmagała rangę państwa, stanowiła niezbity dowód jego zupełnej niezależności” – pisał Jasienica. Tamtego dnia ziściło się wspólne marzenie Wojciecha i Ottona – polskie królestwo stało się ważnym elementem europejskiego universum christianum. Kilka miesięcy po śmierci Bolesława na króla Polski został koronowany inny przedstawiciel dynastii Piastów, syn Chrobrego – Mieszko II Lambert. Uroczystości, która odbyła się najprawdopodobniej w Boże Narodzenie, przewodniczył arcybiskup gnieźnieński Hipolit. Przygotowywany do rządzenia od najmłodszych lat, gruntownie wykształcony władca stanął przed nie lada trudnym wyzwaniem. Miał utrzymać to, co osiągnął jego wielki poprzednik – koronę, rozległe terytorium i wpływy. W jakim stopniu mu się udało? To już temat na zupełnie inną opowieść…
Jan Hlebowicz, publicysta, historyk, pracownik IPN Gdańsk
„Pielgrzym” [16 i 23 lutego 2025 R. XXXVI Nr 4 (919)], str. 28-29.
Dwutygodnik „Pielgrzym” w wersji papierowej oraz elektronicznej (PDF) można zakupić w księgarni internetowej Wydawnictwa Bernardinum.
