Rozmach, doskonałe zdjęcia i muzyka, plejada znanych aktorów, setki statystów i kilkanaście milionów złotych budżetu. Epicka filmowa saga o trudnych relacjach kaszubsko-niemieckich na Pomorzu to nie tylko wybitne dzieło artystyczne, ale przede wszystkim ważna lekcja historii.

Zakończyła się 43. edycja Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych. Główna nagroda powędrowała do Pawła Pawlikowskiego za „Zimną wojnę”, natomiast Srebrne Lwy zdobył „Kamerdyner”. Dodatkowo film Filipa Bajona otrzymał jeszcze trzy nagrody: za muzykę, charakteryzację oraz główną rolę męską. Jednak „Kamerdyner” to nie tylko wybitne dzieło artystyczne. To pierwszy film opowiadający o skomplikowanych i trudnych dziejach Pomorza I połowy XX w. – Śląsk ma swój filmowy tryptyk Kazimierza Kutza, Wielkopolska – „Najdłuższą wojnę nowoczesnej Europy”, nawet Mazurzy – „Różę” Wojtka Smarzowskiego. A Kaszubi dotychczas nie mieli nic. Postanowiliśmy wypełnić tę lukę – mówił mi kilka miesięcy przed zakończeniem zdjęć Mirosław Piepka, scenarzysta i producent „Kamerdynera”.

Ród był najważniejszy

Akcja filmu rozgrywa się w czasie, gdy linia granicy wytyczonej w Wersalu po I wojnie światowej wpłynęła nie tylko na kształt map, ale przede wszystkim na życie ludzi mieszkających na Pomorzu − Kaszubów (więc Polaków) oraz Prusaków (więc Niemców). Głównymi bohaterami filmowej opowieści są pruscy junkrowie z rodu von Grass (w filmie von Krauss), którzy w Kłaninie, między Puckiem a Krokową, rzeczywiście mieli swój pałac oraz rozległe włości. Dziadek scenarzysty, Kaszuba, był nadwornym rzeźnikiem u hrabiego, a ojciec przed wojną jako kilkuletni chłopiec pasł krowy u von Grassa. Historia niemieckiej arystokracji, której dwory i pałace po dziś dzień można odnaleźć w wielu miejscach Pomorza, jest niezwykle złożona. Niektóre rodziny, od lat żyjące na tych terenach, spolszczyły się. Z kolei znaczna część polskich rodów uległa zniemczeniu. (…)

 

Wartościowa książka