Najdłużej pracująca Mama SOS na świecie przeszła na emeryturę. Ale tylko formalnie, bo jak sama podkreśla, rodzicem jest się całe życie. Wychowała dziewiętnaścioro dzieci i doczekała kilku wnuków. Z Danutą Ulidowicz rozmawia Iwona Demska.

– Mówią o Pani: mama na medal i mistrzyni świata, rozpisuje się prasa, powstał nawet krótki dokument o Pani i rodzinie, jaką stworzyliście w domu w Biłgoraju.

– Muszę przyznać, że jestem trochę zaskoczona tym zainteresowaniem. Nie sądziłam, że to, co robię, przyniesie taki rozgłos. Przecież to zupełnie naturalne, jak większość kobiet na świecie po prostu wychowywałam dzieci. To nie były moje biologiczne dzieci, ale gdy pojawiały się domu, stawały się moje. Myślę też, że mamą jest się zawsze, w tym zawodzie nie ma emerytury. Wprawdzie mieszkam już teraz w Jaworzynie Śląskiej, u siebie, a dzieci się rozjechały, ale przecież cały czas mamy ze sobą kontakt. Dzwonimy do siebie, rozmawiamy i odwiedzamy się wzajemnie.

– Decyzję, żeby zostać mamą w SOS Wiosce Dziecięcej w Biłgoraju podjęła Pani trzydzieści lat temu. Od razu miała Pani taki scenariusz na życie?

– Poszukiwałam swojego miejsca na ziemi. Wyjeżdżałam z Jaworzyny, próbowałam różnych rzeczy. Nigdy nie chciałam pracować za biurkiem i myślałam, że będę pracować fizycznie. Najpierw była Jelenia Góra i przędzalnia czesankowa, potem pojechałam na Wybrzeże, do Gdańska, gdzie przez cztery lata pracowałam w Stoczni Gdańskiej. Będąc na urlopie w Zakopanem, usłyszałam o SOS Wiosce Dziecięcej w Biłgoraju. To była relacja z zasiedlenia pierwszych domków. Nawet nie wiem, co wtedy czułam. Po prostu zainteresowałam się tym i po powrocie do Gdańska napisałam do Zamościa. Wkrótce otrzymałam wszystkie informacje na temat działalności takiej Wioski SOS. Potem dwukrotnie spotkałam się z osobami prowadzącymi rekrutację, raz w Zamościu, raz u mnie w Gdańsku. Poczułam, że tego właśnie szukałam. (…)

Wartościowa książka