Przyznaję, nie jestem fanem kuchni meksykańskiej. Po prostu nie przepadam za nią. Jedne rzeczy nam się podobają, inne nie, mimo swojej wielkiej popularności.

Ludzie na całym świecie uwielbiają przecież wszelkie burrito, taco, nachosy z sosami i zawsze mają je pod ręką. Kuchnia meksykańska w swojej sporej części jest prosta, praktyczna, nieskrępowana, na luzie i wesoła, a to się podoba. Rozumiem. Ale nie przepadam.

 

Od epoki prekolumbijskiej, czyli od czasów, gdy kultury Zapoteków, Majów, Tolteków i Azteków zajęte były budowaniem piramid, graniem w piłkę i wycinaniem różnych kawałków z pokonanych wrogów, podstawą wyżywienia w regionie są i były kukurydza, rośliny strączkowe i cała plejada ostrych papryk. Jakoś mnie to nie bawi. Wegetarianie wyciągną oskarżycielsko w moim kierunku paluchy, bo przecież to zdrowe. A miłośnicy pieca hutniczego roześmieją się i nazwą mnie ciapą. (…)

 

Wartościowa książka