Podobno wielokrotnie skarżył się wobec swoich przyjaciół: „Zapomnicie o mnie, na pewno zapomnicie”. Niedawno minęła trzydziesta rocznica jego śmierci i na szczęście przepowiednia tego niezwykłego pisarza, dramaturga, poety i tłumacza się nie sprawdziła.

Roman Brandstaetter, bo o nim mowa, syn narodu żydowskiego, z wyboru katolik i Polak, miał w życiu dwie wielkie miłości: żonę Reginę i Biblię. O żonie powiadał, że jest najpiękniejszym człowiekiem jego życia. Biblię, jako nieodłączne dziedzictwo przodków, napotykał od pierwszych świadomych chwil życia, aż po jego kres, gdy zdążył przetłumaczyć większą część Nowego Testamentu. Nie było to jednak tłumaczenie, bo dostał od kogoś takie zlecenie. To była treść jego życia, zresztą zgodna z testamentem jego dziadka, Mordechaja Dawida Brandstaettera, który
na łożu śmierci przekazał takie dziedzictwo: „Będziesz Biblię nieustannie czytał. Będziesz ją kochał więcej niż rodziców...
więcej niż mnie. Nigdy się z nią nie rozstaniesz. (…)

 

Wartościowa książka