Wiesław był jedną z najważniejszych osób w moim życiu. Mimo że nie ma go już z nami fizycznie, to pamięć o nim trwa, świadczy o tym chociażby liczba światełek zapalanych na jego grobie – niezmiennie już od dziewięciu lat.

„Nie będziemy Pani pocieszać, to zanik mięśni. Pożyje najwyżej do osiemnastki” – powiedzieli matce Wiesława, pani Urszuli Landowskiej, lekarze. Pani Urszula usłyszała taką diagnozę trzykrotnie, ponieważ rok po Wiesiu urodziła się Mirka, a po szesnastu latach Wojtek. Wszyscy mieli nadzieję, że chociaż on będzie chodził. I rzeczywiście tak było do szóstego roku życia. Kiedy świat medyczny poszukiwał genu odpowiedzialnego za ich przypadłość, zaproszono rodzinę na badania do Warszawy. Przyczynę odkryto – leku nie znaleziono. Sytuacja wydawałaby się tragiczna, beznadziejna. Pytam panią Landowską, co wtedy myśleli. Odpowiada, że specjalnie się nad tym nie zastanawiała – dzieci są, to trzeba je wychować. Rodzeństwo nie sprawiało wielu kłopotów. Wiesiu spędzał czas w towarzystwie siostry, bawiąc się głównie na podłodze. Miał silne ręce, więc przemieszczał się z ich wykorzystaniem różnymi sposobami. Rówieśnicy ich nie odwiedzali, zresztą nie było ich wielu. Dzieci szybko nudziły się w ich towarzystwie, bo jak tu przez długi czas siedzieć w jednym miejscu? (…)