Kiedy coś bardzo, bardzo mi smakuje, można to łatwo poznać – nic nie mówię, tylko zaczynam się coraz szerzej uśmiechać.

Wakacje minęły. Lato powoli odchodzi. Raczej nie będę go żałować, bo przypominało tę porę roku na Spitzbergenie. Cóż, to był bardzo leniwy czas. Kąpałem się w jeziorach, bo z braku słońca Bałtyk był zbyt zimny, a Ocean Indyjski mnie rozkaprysił. Łaziłem po mazurskich lasach pełnych grzybów, kleszczy i niedobitków niemieckiej armii, a potem jadłem kurki. Wygrzewałem się w czasie tych nielicznych słonecznych dni na plażach, czytając książki, tratowany przez biegającą dzieciarnię, obserwując, jak pewien Wania obcina sobie paznokcie u stóp, a jego żona wyje, bo poparzyła ją meduza. Ot, kanikuły. Jeździłem ścieżkami na rowerze, dumny, że nauczyłem się pedałować bez trzymania kierownicy i że podczas tej nauki nie straciłem zębów. (…)