– Od tej pory będę podążał śladami Boga – powiedział po zakończonej pielgrzymce do Santiago de Compostela Marek Kamiński. Znany podróżnik i polarnik, zdobywca dwóch biegunów opowiada, jak droga Camino i ostatnia podróż do Ziemi Świętej zmieniły jego życie duchowe i umocniły wiarę.

 

– Panie Marku, jest Pan znany przede wszystkim ze swoich wypraw na bieguny, podróży – często ekstremalnych, licznych książek. Dodałabym jeszcze jedno określenie, które od pewnego czasu bardzo mi do Pana pasuje – pielgrzym.

– Chyba się z tym zgodzę, choćby dlatego, że życie jest drogą i pewnego rodzaju pielgrzymką. Zawsze wydawało mi się, że jest ono również podróżą, stąd moje próby odkrywania świata na biegunach, na pustyniach i oceanach. Ale rzeczywiście od pewnego czasu duchowa strona egzystencji jest dla mnie najważniejsza. Człowiek ma w życiu do odegrania różne role: jest dzieckiem, studentem, ojcem, ale bywa też pielgrzymem. Z perspektywy czasu myślę, że moje wyprawy na bieguny były właściwie swego rodzaju pielgrzymkami. Na tej lodowej pustyni szukałem siebie i szukałem Boga, wtedy jeszcze do końca o tym nie wiedząc.

– Camino – droga do Santiago de Compostela, a także ostatnia pielgrzymka do Ziemi Świętej miały już zupełnie inny charakter, były wyprawami czysto duchowymi.

– Tak, jednak myślę, że tak naprawdę od dzieciństwa intuicja i podążanie za nią było dla mnie bardzo ważne. Racjonalna strona życia nigdy nie zajmowała nadrzędnego miejsca. Nie ulegałem zewnętrznej presji, że muszę być tym lub kimś innym – mieć określony zawód, stanowisko czy pieniądze. Często właśnie takie schematy podpowiada nam rozum. Nigdy tak nie myślałem. To, co motywowało mnie do działania, to głos z wewnątrz, który mi podpowiadał: „Pójdź studiować filozofię, szukaj własnej drogi”. Wybór drogi do Camino rzeczywiście był już bardzo świadomy. (…)