Z księdzem infułatem Jerzym Buxakowskim, z okazji diamentowego jubileuszu kapłaństwa, o powołaniu do Chrystusowej służby, rozmawia ks. Wojciech Węckowski.


– Jak odczytał Ksiądz Infułat swoje powołanie do kapłaństwa?
– Odpowiedź na to pytanie jest bardzo trudna. Mam wrażenie, że ono kształtowało się w czasie wojny pod wpływem ludzi, którzy ukochali prawdę i mówili ją zawsze, nawet z narażeniem życia. Pierwszy raz zetknąłem się z tym, jak usłyszałem mojego ojca przemawiającego do małego grona osób, który mówił, że Hitler musi przegrać wojnę, bo kłamie. Pamiętam, jak wracałem z ojcem do domu i mówiłem: „Tatusiu, Hitler wcale nie musi przegrać wojny, bowiem kłamstwo pomaga w niszczeniu.” Ojciec jednak mówił: „Nie masz racji, zobaczysz, przegra, dlatego że kłamie.” To umiłowanie prawdy wyniosłem od ojca, który nie umiał kłamać, nawet jak chciał żartem coś powiedzieć.
Powołanie moje kształtowało się także pod wpływem wszystkich okropności wojny, na które patrzyłem. Widziałem wywożonych Żydów, pamiętam naszą bezsilność wobec tego faktu.
Innym ważnym czynnikiem, który wpłynął na moje powołanie do kapłaństwa było stopniowe przekonywanie się, że na nikim nie można polegać, tylko na Panu Bogu.
Następnie harcerstwo wywarło duży wpływ na moje przyszłe życie. Na decyzję tę złożyła się również świadomość pewnych obowiązków wobec diecezji, która poniosła największe straty nie tylko w szeregach kapłańskich, ale także i w wymiarze ogólnoludzkim.

– Jak Ksiądz Infułat ocenia swoje kapłaństwo? Czy zawsze była to łatwa droga, czy była też czasami wyboista?
– Na trudności w kapłaństwie nastawił mnie wikary w Radomsku, ksiądz Piwowarski, który w ubiegłym roku umarł. Jemu jedynemu zwierzałem się ze swoich zamiarów. Mówił mi: „Bądź przygotowany na to, że wielkim wrogiem w kapłaństwie jest zazdrość, ale się tym nie przejmuj”.

– Patrząc z perspektywy osoby duchownej, jakiego obrazu Kościoła musimy dzisiaj bronić?
– Klerykom często powtarzam, może za często, że wychodząc z seminarium, nie wyniosą żadnej innej, trwałej, skutecznej broni poza poczuciem prawdy i szafarstwem sakramentów świętych. Odpowiadając na pytanie o łączność wiary z życiem, wydaje mi się, iż należy więcej poszerzać perspektywy społeczne, przeżywanie poszczególnych siedmiu sakramentów świętych. My uczyniliśmy z sakramentologii osobną dziedzinę teologii, osiągając wysoki pułap intelektualnego poziomu, ale nie mającą bezpośredniego wpływu na życie. W tej chwili życie nas weryfikuje. Okazuje się, że chrzest przez wielu rodziców chrzestnych jest uważany za bardzo pożyteczną, folklorystyczną ceremonię. To samo sakrament małżeństwa, a już w ogóle zaniedbany jest pod tym względem sakrament bierzmowania.

– Ksiądz Profesor jest wychowawcą licznych pokoleń kapłanów. Co najczęściej Ksiądz mówi, gdy chce wytłumaczyć młodemu księdzu, czego oczekują od niego wierni?
– Bycia z nimi, dla nich, przy nich, czyli utarta moja recepta na witaminę  obecności. Jak w życiu rodzinnym widzę, że obecność rodziców przy dziecku jest pierwszym warunkiem wszelkiej pedagogizacji rodzinnej, tak samo w parafii proboszcz i wikary, którzy nie będą stale obecni w parafii, tylko ciągle w rozjazdach, niewiele zdziałają, choćby byli najzdolniejszymi mówcami i organizatorami.

– Odwróćmy zatem to poprzednie pytanie. A czego Ksiądz może oczekiwać od wiernych? Czy może w ogóle czegoś oczekiwać?
– Tak. Pod jednym warunkiem, że będzie umiał im dziękować i to szczerze. My to widzimy w postawie duszpasterzy, którzy stale wołają o pieniądze, a nie umieją dziękować. Oni będą mieli zawsze większe trudności w jakiejkolwiek akcji, którą zechcą zorganizować. Może zilustruję to na przykładzie proboszcza kościoła Zwiastowania Najświętszej Maryi Panny w Warszawie na Rakowcu, którego miałem możność przez szereg lat obserwować. Dostał on polecenie budowania kościoła w dzielnicy najbardziej obsadzonej przez ludzi mocno zaangażowanych partyjnie. A jednak to właśnie on zbudował tam, w stosunkowo krótkim czasie, świątynię niesłychanie funkcjonalną, przemyślaną. W jaki sposób? Ks. proboszcz wszystko objaśniał dzieciom. Skąd kupił drewno, z jakiej fabryki sprowadził cegły itp. Dzieci, tych ludzi, dalekich od Kościoła, zanosiły te informacje do domu, wzbudzając zainteresowanie rodziców. To one się do tego przyczyniły, „suszyły głowę” swoim rodzicom i tak wspólnie zbudowali kościół.

– Księże Infułacie, w ostatnim pytaniu chciałbym powrócić do zagadnienia z pierwszego pytania. W czym upatruje Ksiądz Infułat powołanie swojego wieku?
– Tu za przykład biorę księdza Bernarda Sychtę, który – jak wiemy – ostatnie dziesięć lat życia ciężko chorował, a mimo to mówił, że nigdy nie myślał, że jesień życia może być tak piękna, bo on ją wypełniał swoją niesamowitą pracowitością. Chciał ukończyć nie tylko siedem tomów słownika gwary kaszubskiej, ale również słownik gwary kociewskiej. Udało mu się to.
Wydaje mi się, że w życiu każdego człowieka, w jego jesieni życia są różne zadania do spełnienia, nawet gdy dany człowiek już wymaga tylko opieki i pomocy innych. Wtedy jest nauczycielem ich miłości, ale jeżeli tej miłości nie nauczył ich przedtem, smutny może być jego los. Wydaje mi się, że starość pojmowana jako powołanie bycia nauczycielem miłości, dla młodszych jest właśnie w tym wydaniu może najbardziej twórcza.






„Pielgrzym” 2009, nr 21 (519), s. 18-19

Z księdzem infułatem Jerzym Buxakowskim, z okazji diamentowego jubileuszu kapłaństwa, o powołaniu do Chrystusowej służby, rozmawia ks. Wojciech Węckowski.