Syria ogarnięta wojną, cierpienie cywilnej ludności – chrześcijan i muzułmanów. Świat się kłóci o uchodźców i dozbraja walczące strony. A na miejscu, w samym centrum wydarzeń, Kościół pomaga ofiarom wojny. „Tego uczy nas Chrystus” – mówi franciszkanin Ibrahim Alsabagh, proboszcz z syryjskiego Aleppo, autor książki „Tuż przed świtem. Syria. Kroniki czasu wojny i nadziei z Aleppo”.


– W książce opisuje Ojciec dramatyczne życie mieszkańców Aleppo. Czytamy o skrajnej biedzie, braku pracy, pieniędzy na leki, jedzenie i ubranie, o braku wody i prądu, bombardowaniach i snajperach na ulicach. Jak odnajdujecie sens takiego życia?
– Sens życia z pewnością rodzi się w naszych sercach. Żyjemy obok ludzi cierpiących i pozbawionych godności. Chcemy im tę godność przywrócić. To pozwala nam wyjść z siebie, z własnej skorupy i myśleć o potrzebach osób, które są wokół nas. Tego nas uczy Jezus Chrystus. Tylko w ten sposób możemy dać świadectwo Bogu i naszym braciom. 

– Jak wygląda życie w Aleppo, codzienne funkcjonowanie w mieście zniszczonym przez wojnę?
– Życie jest niewiarygodnie trudne... I ciężko to opisać... Dzieci uczą się po ciemku, bo nie ma prądu. Mężczyźni spędzają codziennie od czterech do pięciu godzin w kolejce do studni, bo przez długie miesiące żyjemy bez wody w kranach. Trzeba walczyć o cokolwiek do jedzenia. Chociaż pracuje się cały dzień, pieniędzy nie wystarcza nawet na chleb… Proszę wyobrazić sobie ludzi, którzy całe lata spędzili, żyjąc pod ostrzałem rakietowym: pociski spadają nocą i dniem – na domy, szkoły i szpitale, kościoły i meczety. Mówimy o bezbronnych ludziach, którzy chcą po prostu żyć. Jakim makabrycznym przeżyciem dla matki czy ojca jest szukanie dzieci wśród rumowisk? Czym jest życie w domu zniszczonym przez rakiety? Warunki funkcjonowania są naprawdę nieludzkie. Dlatego napisałem w książce, że bardzo dobrze rozumiem rozpacz człowieka, który rzuca się w morze, wiedząc, że może stać się pokarmem dla ryb. Aleppo jest zniszczone, prawie dwie trzecie mieszkańców opuściło miasto. To smutna świadomość, ale nie sposób nie rozumieć, dlaczego opuszczają swoją ojczyznę. Wiele osób, patrząc na dzieci, zauważa, że w ogóle się nie uśmiechają, mają smutne twarze – jak ich rodzice. Jak to możliwe, że dziecko straciło uśmiech? Że człowiek traci nadzieję? My na te pytania potrafimy odpowiedzieć. Wiemy, dlaczego. Pamiętam Aleppo sprzed wojny i widzę je teraz. Ile trzeba będzie lat i wysiłku, żeby odbudować i przywrócić jego piękno? Dzisiejsze ruiny pokazują, jak niewiele czasu wystarczy, by zniszczyć coś, co budowano przez wieki. 

– Czy operacje wojskowe, działania islamistów skierowane są w szczególny sposób przeciwko chrześcijanom w Syrii?
– Odpowiem trochę uniwersalnie – chrześcijaństwo zawsze jest wymagające. Zawsze stawia przed nami wyzwania. Jezus uczył nas, że nie powinniśmy wybierać szerokiej bramy i przestronnej drogi, bo to prowadzi do zguby. Powinniśmy iść wąską drogą, bo tylko ona prowadzi do Życia. Inna jest sytuacja chrześcijan w Europie, inna w krajach Bliskiego Wschodu. Realia w Syrii są takie, że musimy walczyć o obecność Kościoła, bo nie możemy zostać wyeliminowani z tego regionu. Oczywiście są prześladowania, a nawet morderstwa, ale naszą obecność zawierzamy Panu, który nigdy nas nie opuści. Jest ciężko, ale to nie znaczy, że nasze trwanie w Aleppo czy w innych rejonach Syrii nie jest możliwe. Mimo terroru, wciąż spadających bomb, mimo głodu i braku wody Bóg nas prowadzi, troszczy się o nas. Pozwala nam trwać i być prawdziwymi świadkami.

– Docierają do nas wstrząsające opisy tego, co dzieje się w Aleppo. Co Kościół i co wy – franciszkanie – robicie dla mieszkańców miasta?
– Wobec zaniku władz i struktur umożliwiających normalne życie, ludziom zabrakło punktu odniesienia. Nikt nie był w stanie stawić czoła codziennym potrzebom mieszkańców. I wtedy ludzie zaczęli pukać do drzwi klasztoru, parafii, kościoła.
W tym momencie Kościół jako Matka musiał na te potrzeby odpowiedzieć jak najszybciej. Byliśmy wśród pierwszych, którzy przywrócili możliwość korzystania ze studni (znajdującej się na terenie parafialnym) i w ten sposób udostępniliśmy wodę pitną wielu osobom. Nie możemy zamknąć oczu na potrzeby tylu osób. W wielu rodzinach nie ma mężczyzny, który byłby w stanie nosić wodę. Zatem znaleźliśmy wolontariuszy, którzy zaczęli dostarczać wodę do domów. Zauważyliśmy powszechne niedożywienie – gdy ciała są słabe i kruche, zwykła choroba grozi śmiercią. Zaczęliśmy więc rozdawać paczki żywnościowe. Na początku było ich sześćset, dzisiaj doszliśmy do sześciu tysięcy. Zobaczyliśmy ludzi, którzy poddają się śmierci, bo nie mają pieniędzy na jedzenie, lekarza, podstawowe badania. Zorganizowaliśmy opiekę lekarską. W Aleppo wszystko właściwie jest dostępne, ale jest niezwykle drogie. Kościół w takich warunkach musi mierzyć się z ogromnymi kosztami. W zeszłym roku, mimo spadających bomb, odbudowaliśmy ponad dwieście  domów. W tym roku już trzysta. Kosztowało to wiele wysiłku i pociągnęło za sobą duże wydatki, ale było znakiem, wyraźnym przesłaniem nadziei. Ubodzy są naszym natchnieniem. W tym, co mówią, słyszymy głos Pana. Nie możemy się wycofać. Musimy bronić życia ludzkiego.

– Czy ta pomoc kierowana jest tylko do waszych parafian?
– Są takie projekty, które dotyczą wszystkich – chrześcijan i muzułmanów, chociaż to oczywiste, że w naszej parafii są też akcje skierowane tylko do katolików. Bóg prosi mnie, bym otwierał moje serce i był wrażliwy na potrzeby bliźnich. Zaczynałem od naszej katolickiej społeczności w Aleppo, za którą jestem odpowiedzialny. Po krótkim czasie wiedziałem już, że Bóg oczekuje, bym bardziej otworzył serce i zajął się także innymi grupami chrześcijańskimi. A potem okazało się, że Bóg oczekuje jeszcze więcej – żebym pomagał także muzułmanom. Niektóre przedsięwzięcia są z założenia przeznaczone dla wszystkich – jak dystrybucja wody. Przecież nie możemy nikomu powiedzieć, że jak nie jest chrześcijaninem, to nie dostanie wiadra wody... Służymy wszystkim! W styczniu otrzymałem informację o czterystu rodzinach, w których były dzieci w wieku od 0 do 2 lat i potrzebowały mleka oraz pieluch. To były rodziny uchodźców, które uciekając przed wojną, przybyły do Aleppo z różnych wiosek w Syrii. Powiedziałem, że je „adoptujemy”. I od tamtej pory co miesiąc przekazujemy im różne rodzaje mleka i pieluchy. Odkrywam, że Bóg wciąż popycha mnie, bym służył. A potrzeby są ogromne. 

– Ojciec zachęca swoich parafian do nadziei. Wyobrażam sobie, że w tych dramatycznych sytuacjach bardzo o nią trudno, jak i o wdzięczność Bogu za chwilę prądu, za powrót bieżącej wody.
– Zdaję sobie sprawę, że ostatnio mówiłem o nadziei więcej niż przez jedenaście lat swojego kapłaństwa. O potrzebie nadziei mówię na każdym kazaniu i spotkaniu. Staram się kształtować moich parafian, by zaczęli doceniać małe dary od Boga, każdą kroplę wody, drzewo, roślinę, każde życie. Jest nam niezwykle ciężko, ale nie nazywam tego piekłem, bo piekło to nieobecność Boga. Nasze życie w Aleppo nazywam czyśćcem, oczyszczeniem. W cierpieniu naszej codziennej drogi krzyżowej doświadczamy łaski Pana, uczymy się wdzięczności Bogu i przyjaciołom na całym świecie, którzy nam pomagają i za nas się modlą. Doceniamy wartość pokoju i jedności.  

– Dla wielu mieszkańców Aleppo jest Ojciec nadzieją na pomoc, ostoją, opoką. Czy do Ojca także przychodzi strach?
– Oczywiście, że się boję, ale to od każdego z nas zależy, co zrobimy z tym uczuciem. Jako chrześcijanie musimy stawić czoła temu strachowi. Nie możemy być jego niewolnikami. Mamy – jak Jezus – modlić się i oddawać naszemu Ojcu Niebieskiemu całe nasze życie, prosić, by stała się Jego wola. Mimo że spadają rakiety, nie ma wody, jedzenia i pracy, Bóg daje nam siłę, by zostać w Aleppo i być Jego świadkami. Dziękuję Panu, że nigdy nie doświadczyłem pokusy zostawienia wszystkiego i ucieczki z Syrii. 

– Czuje się Ojciec bohaterem?
– Nie uważam się za takiego. Uważam się za sługę nieużytecznego, który spełnia swoje obowiązki i który należy do swojego Mistrza. Wszystkie inspiracje pochodzą od Boga i ja podążam za Nim. Podziękowania należą się Bogu, a nie mnie. Trzeba działać i mieć odwagę. Kościół czyni bardzo dużo, to jest istota jego posłania. Dzięki wszystkim naszym przedsięwzięciom, dzięki tej wspólnej drodze ludzie także się zmieniają – przestają tylko brać, a zaczynają pomagać. Doceniają piękno wspólnoty. Doceniają wartość pokoju. Gdy pojawiła się nienawiść, ludzie zrozumieli, że trzeba dzielić się wybaczeniem. Poczuli, że warto się jednoczyć.  

– W książce pisze Ojciec nie tylko o tych rodzinach, które zdecydowały się opuścić miasto, ale i o takich, które wracają. Czy Syryjczycy chcą wracać do zrujnowanego miasta?
– Wielu mieszkańców Aleppo schroniło się w Libanie. Znajduje się tam ponad 1,5 mln Syryjczyków. Uciekli też do Turcji, Jordanii, Egiptu i Armenii, kilku krajów kontynentu europejskiego i amerykańskiego. Chciałbym podkreślić, że Syryjczycy są rozdarci. Mimo że bombardowania w Aleppo ustały, umęczone wojną rodziny wciąż myślą o emigracji. Ale rzeczywiście pisałem o ludziach, którzy wrócili na ruiny swojego domu. Od początku roku do naszej łacińskiej wspólnoty w Aleppo wróciło 18 rodzin. Inne poważnie myślą o powrocie. Dlatego spodziewamy się fali powrotów, jednak wiele zależy od tego, co będzie można im zaofiarować. Ludzie wiedzą, że Kościół pomaga, że nikogo nie zostawi samego – i to jest jeden z argumentów, który sprzyja powrotom. 

– W swojej książce Ojciec pisze, że Europa – między innymi w odpowiedzi na słowa papieża Franciszka – powinna przyjmować uchodźców. Ale z drugiej strony nie może na tym poprzestać, powinna za wszelką cenę dotrzeć do istoty konfliktu na miejscu.
– Prawo do bycia przyjętym jest podstawowym prawem człowieka. Kiedy uciekam od ognia, głodu, śmierci, noszę w sobie ludzkie prawo bycia przyjętym. Trzeba jednak to rozróżniać – bo rzeczywiście mogą pojawić się osoby podszywające się pod uchodźców. Obawa przed terrorystami jest całkiem zrozumiała. Rozumiem ten strach. To jest ludzkie i całkowicie zgodne z prawem. Rozwaga jest bardzo ważna. Nawet pomoc charytatywna powinna działać według konkretnych ustaleń – zapraszam kogoś do mojego domu i muszę być pewien, że ta osoba szanuje mnie, moją rodzinę oraz zasady, jakie panują w moim domostwie. Kiedy mówię o przyjmowaniu uchodźców, często odnoszę się do dramatycznych sytuacji, w których pilnie potrzebna jest pomoc. Nie możemy zamknąć drzwi przed kimś, kto ucieka przed śmiercią, ale z drugiej strony musimy sprawdzić, czy jest to prawdziwa motywacja. Służby specjalne, policja – mają swoje sposoby sprawdzania uchodźców. Dziękuję krajom, kościołom, domom, rodzinom, które otworzyły swoje serca, żeby przyjąć rodziny w potrzebie. Pamiętajmy jednak, że nie jest to jedyny sposób przychodzenia z pomocą. Trzeba zatroszczyć się o godność człowieka w krajach, skąd pochodzą uciekinierzy. W przeciwnym razie cały świat będzie chciał znaleźć się w Niemczech, we Włoszech, może i w Polsce. Musimy myśleć o tym, jak zaleczyć rany w krajach pochodzenia tych ludzi i tam na miejscu rozwiązywać ich problemy, między innymi unikać rabunkowej gospodarki zasobami – ropą, gazem i kamieniami szlachetnymi. Trzeba powiedzieć twarde „nie” handlowi bronią. W imieniu mojego kraju, mojej wspólnoty proszę, żeby wszystkie kraje uczyniły coś, żeby człowiek mógł zachować swoją godność. Wszelka pomoc ofiarowana krajom, które przeżywają wojnę ma ogromne znaczenie. Nie może jej zabraknąć. Niesienie pomocy bliźniemu, który jest w potrzebie to zarówno prawo, jak i obowiązek. 

– Jakiej pomocy najbardziej wam potrzeba?
– Zawsze przede wszystkim proszę o modlitwę – modlitwę o pokój. To podstawa. Ponadto każda pomoc materialna jest bardzo potrzebna. Nie chodzi jednak o prezenty dla dzieci czy mleko, bo kupując te produkty na miejscu, pomagamy odtworzyć tkankę handlową miasta. Bardzo pomocna dla mojej wspólnoty jest międzynarodowa akcja Caritas – „Rodzina Rodzinie”, w której ludzie na całym świecie „adoptują” syryjskie rodziny. Ten projekt pomaga czynić cuda! Dzięki niemu pomagamy aż czterem tysiącom rodzin. Mam nadzieję, że moją obecnością i tą opowieścią zachęcę jak najwięcej osób do włączenia się w to przedsięwzięcie. Dzięki wam Kościół niesie pomoc najbardziej potrzebującym na peryferiach świata. Dziękujemy, że naród polski chce pomagać Syryjczykom. Jesteście dla nas wzorem nadziei – pokazujecie, że ze zniszczeń wojennych można odbudować państwo, stworzyć nowy kraj.

Patrycja Michońska-Dynek






„Pielgrzym” 2017, nr 15 (721), s. 14-17

Syria ogarnięta wojną, cierpienie cywilnej ludności – chrześcijan i muzułmanów. Świat się kłóci o uchodźców i dozbraja walczące strony. A na miejscu, w samym centrum wydarzeń, Kościół pomaga ofiarom wojny. „Tego uczy nas Chrystus” – mówi franciszkanin Ibrahim Alsabagh, proboszcz z syryjskiego Aleppo, autor książki „Tuż przed świtem. Syria. Kroniki czasu wojny i nadziei z Aleppo”.