Ze Zbigniewem Jujką, wybitnym polskim rysownikiem-satyrykiem, od lat współpracującym z „Pielgrzymem”, rozmawia Marzena Burczycka-Woźniak


– Gratuluję kolejnego odznaczenia. Tym razem jest to Medal św. Wojciecha wręczony Zbigniewowi Jujce – „zasłużonemu dla kultury polskiej” w czerwcu br. w gdańskim Dworze Artusa. Wzbogacił on kolekcję kilkudziesięciu nagród, w tym pozyskanych na międzynarodowych konkursach w Montrealu, Berlinie, Ankonie, Bordigherze, Knokke-Heist, Skopije, Tokio...
Jesteś uznanym w kraju i poza jego granicami artystą, który posiada niezwykły dar obserwacji i satyrycznego pointowania rzeczywistości. Jak oceniasz dzisiejszą Polskę, czy w porównaniu z latami PRL satyryk ma obecnie więcej pracy?
– Dziękuję za gratulacje. Nie przykładam większej wagi do nagród zdobywanych w konkursach, natomiast cenię sobie bardzo odznaczenia przyznawane przez instytucje i gremia społeczne, świadczą one bowiem o awansie, nobilitacji rysunku satyrycznego. W czasach, kiedy ja debiutowałem, a minęło od tej pory już ponad pół wieku, rysunek satyryczny – nawet chyba jeszcze wtedy nie miał takiej nazwy – był jakimś tam rysowanym dla gazety kawałem. Przez 50 lat przeszedł ogromną drogę awansu, stał się jedną z dyscyplin sztuk plastycznych, na równi z rzeźbą, malarstwem, grafiką.
Pamiętam pewne zdarzenie, które pozwoliło mi zrozumieć – czym właściwie jest moja praca. Był rok 1980, trwały strajki w Stoczni Gdańskiej. Poszedłem tam z kolegą dziennikarzem, przysiedliśmy się do grupy strajkujących robotników i jeden z nich powiedział mi: – Wie pan, gdyby nie tacy jak pan, być może dziś by nas tu nie było... Słowa te odebrałem jako rodzaj najwyższego uznania, pozwoliły mi one uwierzyć w sens mojej pracy i być może dzięki tym stoczniowcom nadal robię to, co robię.
Kiedy było mniej pracy – teraz czy za PRL-u? Odpowiadam: – zawsze tyle samo. Różnica tylko w tym, że w Polsce Ludowej trzeba było bardziej operować aluzją, by umknąć spod nożyc cenzora. I w tamtych czasach, i dzisiaj rysunek satyryczny jest jak kropla wody, która drąży skałę. Nawet nie musi być bardzo śmieszny, najważniejsze, by trafiał w sedno tego, co ludzi dręczy, co ich boli.

– Od 45 lat prowadzisz w „Dzienniku Bałtyckim”„Dzienniczek” –  cotygodniowy komentarz satyryczny do bieżących wydarzeń. Zgodnie z gogolowskim postulatem, czytając „Dzienniczek” śmiejemy się sami z siebie. Jak oceniasz poczucie humoru Polaków, czy zmienia się ono z biegiem czasu?
– Jeszcze starszą od tej w „Dzienniku Bałtyckim” i na pewno najstarszą rubryką satyryczną w prasie polskiej jest prowadzona przeze mnie od 1961 r. „Kroniczka aktualności” w kieleckim „Słowie Ludu”, a po likwidacji „Słowa” kontynuowana w kieleckim „Echu Dnia”. Jeżeli „Kroniczka” czy „Dzienniczek” do tej pory się nie znudziły, choć zdaję sobie sprawę, że nie brakuje adwersarzy, choćby ze względu na różnice poglądów politycznych, to znaczy, że ludzie nie stracili poczucia humoru. Polacy zawsze je mieli. Im bardziej było źle, tym większe wykazywali poczucie humoru, choćby w czasach hitlerowskiego terroru, kiedy wymyślano setki kawałów okupacyjnych, a potem w czasach komunistycznego zniewolenia. Dziś nadal potrafimy i chcemy się śmiać.
Myślę, że poczucie humoru nie zmienia się specjalnie z biegiem czasu i na pewno w naszym narodzie nie zaniknie. Polacy, mimo przejawów przerażającej głupoty, której dookoła nie brakuje, mimo ulegania wpływom obcych, tych głupszych niestety, są społeczeństwem inteligentnym, której to cechy niejeden naród może nam pozazdrościć. A satyra, dowcip to przecież nic innego jak wykorzystanie inteligentnego, zaskakującego skojarzenia. Tak zwane kawały krążące w społeczeństwie, całkowicie anonimowe, iskrzące inteligentnym dowcipem to nasze spécialité de la maison, polska specjalność.

– Ciekawi mnie przebieg procesu twórczego u satyryka... Czy na przykład w zaciszu swojej pracowni od czasu do czasu wybuchasz śmiechem nad którymś ze swoich skojarzeń, pomysłów... Ile w tej pracy zabawy, a ile męki twórczej?
– W moim przypadku praca wiąże się z wymogiem nieustannego czuwania, nieustannej obserwacji naszej ciągle bardzo skomplikowanej rzeczywistości. Tak było w minionych już na szczęście czasach komunistycznych i tak jest obecnie. Rysunek satyryczny, przy swoich jakby nieważkich efektach, sam w sobie nie jest lekkim kawałkiem chleba. Wymaga ciągle napiętej uwagi, ciągłego główkowania, aby z burzliwego nurtu zdarzeń i atakujących zewsząd informacji wyłowić to, co wymaga reakcji, spointowania. Ciekawostką jest, że z własnych dowcipów, kiedy pojawiają się one w mojej głowie, nigdy się nie śmieję. Co najwyżej odczuwam jakąś satysfakcję, choć pewnie nie zawsze jest ona równoznaczna z oceną czytelnika.
Niemniejszym kłopotem, jeśli już tak się zwierzam w tym wywiadzie, jest kolejna faza, czyli rysowanie pomysłu. Nie od razu pojawia się należyty efekt, sfruwają z biurka na podłogę kolejne zmięte kartki ze szkicami... Poza tym, kiedy po latach wracam do starych rysunków, niejedne z nich oceniam bardzo krytycznie. Codziennością jest brak pełnej satysfakcji. Tak więc dużo w tym wszystkim męki twórczej, sporo satysfakcji, nieco zabawy, ale co tu dużo mówić – bez tego wszystkiego już po prostu nie potrafiłbym żyć.

– Twórca spełniony?
– Jestem człowiekiem zawodowo szczęśliwym, a czy spełnionym? Nie dowiem się tego pewnie do końca...

– Excusez-moi, Zbigniewie... Nazwisko Jujka jest na swój sposób dowcipne brzmieniowo, skąd ono się wywodzi?
– Nie potrafię nic na ten temat powiedzieć. Spotykane jest w Poznańskiem, choć nieczęsto. Faktycznie brzmi dość egzotycznie, może przed wiekami jakiś Jujka przywędrował z dalekich stron. A nawiasem mówiąc, rysownikowi lepiej nazywać się Jujka, aniżeli Nowak, Kowalski czy Kwiatkowski.

– Doszły mnie słuchy, że jest już gotowe Twoje najnowsze dzieło, czyli album rysunków satyrycznych, których bohaterem jest... Fryderyk Chopin. Album powstał na zamówienie Narodowego Instytutu Fryderyka Chopina, w związku z 200-leciem urodzin kompozytora. Jeszcze czegoś takiego ani w Polsce, ani na świecie nie było. Z niecierpliwością czekamy, wiem, że trwają już starania o wydanie japońskie. Jak to się robi, jak przykłada się miarę dowcipu do postaci takiej jak geniusz muzyczny, a na dodatek wyraziciel naszych narodowych cech, tęsknot, ambicji?
– Wykonałem do tego przedsięwzięcia około 250 rysunków o tematyce, ogólnie mówiąc, szopenowskiej, czyli dotyczącej życia kompozytora, odbioru jego dzieł, aż po problemy kultury muzycznej w Polsce. Tytuł albumu „Wariacje na temat” wyraża pewnie dostatecznie ideę przedsięwzięcia. Na pewno jeszcze żaden satyryk nie opisał tak wszechstronnie naszego muzycznego wieszcza. A warto przypomnieć, że przecież on sam odznaczał się ogromnym poczuciem humoru. Już jako pacholę redagował bardzo zabawną gazetkę „Kuryer Szafarski”,  jednocześnie komponował pierwsze utwory, w których tliły się cechy geniuszu.
Zebrany materiał, prócz tego, że  powstanie z niego książka-album, ma być też wykorzystany w cyklu wystaw w kraju i polskich instytucjach kultury zagranicą, związanych z Rokiem Szopenowskim 2010. Jak to się wszystko uda – zobaczymy.

– Zatem znowu będzie głośno o mistrzu Jujce, jego genialnym poczuciu humoru, ale i ostrości widzenia oraz bezbłędnym wyczuciu smaku, które to cechy razem wzięte czynią z rysunku satyrycznego dzieło sztuki.



„Pielgrzym” 2009, nr 16 (514), s. 18-19