Od paru dni pogoda na Wybrzeżu, począwszy od Gdańska, a nawet już od Krynicy Morskiej, aż po Świnoujście, ale też na terenie całej Polski, od Bałtyku po Tatry, była wręcz wymarzona. W końcu nic nadzwyczajnego, w kalendarzu była przecież dopiero pierwsza połowa lipca.


Rankiem następnego dnia, przy obfitym i smakowitym śniadaniu, jakie przygotowała mama Micia wraz z mamą Marieny, Dzika Mrówka zaproponował:
– Idziemy wszyscy na cały dzień na plażę!
– Fakt – zgodził się Jego Brat, czyli Jarek.
– Na cały dzień? – zdziwiła się mama Micia. – A co z obiadem? Już mam co nieco przygotowane w lodówce.
– A co to, mało jest w Sopocie i wzdłuż całej plaży rozmaitych barków i restauracyjek? Chociażby taka „Przystań”, gdzie mają wspaniałego łososia, a nawet krewetki… – rozgadał się Marek.
– Tylko nie krewetki – wzdrygnęła się mama Micia, która twierdziła uporczywie, że krewetki i inne owoce morza zdecydowanie, a nawet jeszcze bardziej, jej nie smakują.
– A próbowała ich mama kiedyś? – pytał za każdym razem Dzika Mrówka.
– Absolutnie nie! Nigdy! – odpowiadała za każdym razem mama Micia z miną wyrażającą najwyższe obrzydzenie na bardzo zresztą ładnej twarzy.
– No to jak mama może mówić, że krewetki mamie nie smakują? – pytał przekornie Dzika Mrówka.
– Fakt – twierdził Jarek.
– Wstydźcie się, chłopcy – zawołała mama Micia. – Żeby to jeszcze tylko Marek, który zaczyna zapominać, jak się należy zachowywać wobec starszych osób, ale i ty Jarku? Nie spodziewałam się tego po tobie! – Mama Micia zrobiła zdecydowanie żałosną minę.
– Fakt – odezwał się Jarek, co prawda ni w pięć, ni w dziewięć, bo nie wiadomo było, co chciał przez to powiedzieć.
– Mamo – zawołał Dzika Mrówka. – Jak mama może mówić o sobie „starsza osoba”, kiedy jest najmłodszą mamą wśród wszystkich mam naszych koleżanek i kolegów w całej klasie? Co ja mówię, w całej naszej szkole numer trzydzieści pięć w Oliwie.
– No, no, nie przesadzaj – roześmiała się mama, ale wyraźnie widać było na jej twarzy budzące się zadowolenie. – Przecież chyba nie widziałeś wszystkich mam z całej szkoły…
– Jak to nie widziałem? – zaperzył się Dzika Mrówka. – No, może nie naraz, nie jednocześnie, ale raz takie, a drugi raz inne się widziało. Zresztą niech mama spyta Jarka.
– Fakt – odezwał się niepytany Jego Brat, zresztą bliźniak.
– Już dobrze, dobrze. – Mama Micia machnęła z rezygnacją ręką. – Ale co ty na to? – zwróciła się do stojącej obok mamy Marieny.
– Dlaczego nie? – Usłyszała w odpowiedzi. – Przecież przyjechałyśmy z Marieną odpocząć po ubiegłorocznych przeżyciach rozmaitego rodzaju w waszych pięknych Tatrach. – Mama Carmen roześmiała się.
– A poza tym chcemy poznawać jak najlepiej każdy zakątek tego pięknego kraju, do którego chyba nigdy bym nie przyjechała, gdyby nie…– tu zatrzymała się na króciutki moment spoglądając na Marka – gdyby nie szalone pomysły Dzikiej Mrówki.
I znów roześmiała się, a jednocześnie pogłaskała chłopca po nieuczesanej, jak zwykle, czuprynie.
Marek wypiął z dumą pierś i spojrzał na wszystkich obecnych z miną, która wyraźnie mówiła: „Patrzcie jaki jestem, patrzcie i podziwiajcie!”.
– Fakt – wtrącił się Jarek w tym momencie ni w pięć, ni w dziewięć, ale tym razem w tonie jego krótkiej wypowiedzi trudno byłoby dopatrzyć się choć odrobiny aprobaty dla dumnej, żeby nie stwierdzić – zarozumiałej, miny brata, zresztą bliźniaka.

Andrzej Perepeczko / Dzika Mrówka i tajemnice gdańskiego Wybrzeża


PRZEJDŹ DO KSIĘGARNI


„Pielgrzym” 2017, nr 17 (723), s. 31