Owego lata ogromnie zatęskniłem za przyrodą, marzyłem o niej jak roślina o słońcu. Zbudziła się we mnie żądza oddychania leśnym balsamem. Jak nigdy dotąd w ostatnich kilku latach namiętnie zapragnąłem zapachu nadrzecznych łąk i chciałem wsłuchiwać się w plusk wody rozbijanej przez dziób łodzi.


Z chłopięcych, przedwojennych lat świetnie znałem Wartę pod dębami rogalińskimi i wyżej, pod Nowym Miastem, dokąd zapuszczałem się z ojcem. Teraz nieposkromioną odczułem potrzebę przebywania nad rzeką także w górnym jej biegu, bliżej źródła, gdzie Warta była piaszczysta, młoda i niesforna. I tajemnicza.
Zaraz po powrocie z Lipska poleciłem wprawnemu szkutnikowi w Sieradzu nad Wartą zbudowanie lekkiej łodzi, mieszczącej wygodnie kilka osób. Nazwałem ją oczywiście „Janką”, a w połowie lipca pojechaliśmy koleją do Sieradza radosną paczką: był Janek Wroniecki, ów artysta grafik i najweselszy kumpel; był młody poeta z Pleszewa Antek Seichter, bosko przystojny medyk Stach Mikołajewski i była Janka, i ja byłem.
Łódź nasza – jak później przy okazji będę pisał – była trwała, pojemna, kochana i ceniona i mogła nieść nas bezpiecznie chyba na koniec świata. (...)
Z Sieradza płynęliśmy przez trzy tygodnie z prądem Warty do Poznania. Rzeka, w okolicach Sieradza jeszcze wcale nie uregulowana, była rzeczywiście śliczna (...).
Jak to zwykle u zielonych zapaleńców wycieczkowych, w pierwszych dniach wezbranej swawoli i humoru ponosił nas dziarski zapał i tęgo upajało słońce, a poczciwy Antek Seichter, nasz poeta, frywolił co niemiara i czasem odwalał cynika (...).
Ale kilka dni później, już poniżej Koła, przygasło rozhukanie, ostygła wrażliwość i następowało zrozumiałe w tych warunkach znużenie; zbyt wielką dawkę połykaliśmy tlenu i słońca. Wszędzie po drodze sypialiśmy u chłopów w stodołach i mieliśmy dziwne sny od zapachu siana.
Brzegi Warty, tak obfite w łąki w byłej Kongresówce, poniżej Pyzdr stały się lesiste: ujęte w ramy dorodnych drzew, nabrały malowniczości. I więcej tu było romantycznych zakrętów o głębokich dziurach. Przed laty często przyjeżdżałem z ojcem do tych mateczników na łowienie szczupaka.
W pobliżu Nowego Miasta był w rzece ostróg, przy którym ojciec zdobył kiedyś dużą rybę. Ponieważ obecnie obozowaliśmy niedaleko tego zakola i ostrogu, postanowiłem odwiedzić to miejsce; dobrze było trochę podumać o ojcu i minionych czasach.
Towarzyszom oznajmiłem o swoim zamiarze.
– Pójdę z tobą! – oświadczyła Janka.
– To nieblisko: przeszło kilometr stąd! –ostrzegłem ją żartobliwie.
– Nie szkodzi! Pójdę z tobą.
Uradowany ogarnąłem Jankę ciepłym spojrzeniem. Była opalona na brąz, jej fiołkowe oczy żywo i z ufnością patrzały na świat, a była tego popołudnia wyjątkowo śliczna i kobieco ponętna.
Któż by się domyślił, że przed niespełna trzema kwartałami Janka rozpaczliwie walczyła o zdrowie płuc w zakopiańskim sanatorium.
– Dobrze, chodź! – zajrzałem jej czule w oczy i serdecznie objąłem kibić. Był początek sierpnia. Wybujała dojrzałość lata przenikała słodkim czadem całą przyrodę. Od mięt i macierzanek szła podniecająca wonność. Włosy Janki od naszych noclegów mocno pachniały sianem. Upalny dzień odurzał.
Miejsce w rzece i ostróg z pokaźną głębiną zastaliśmy niemal tak, jak je pamiętałem z dawnych lat. Na chwilę żałowałem, że nie zabrałem wędki na szczupaka, ale żałowałem tylko chwilę.
Stado jakichś wniebowziętych ptaszków, ukryte w gęstej wierzbinie dokoła nas, przejęte zuchwałą radością, wyprawiało taki koncert swym ćwierkaniem, jak gdyby chciało zarazić cały świat swą szczęśliwością. Jakże w tej chwili nie przytulić do siebie ukochanej kobiety mocnym, męskim uściskiem?

Arkady Fiedler / fragmenty


Kliknij w obrazek, aby powiększyć.
https://ksiegarnia.bernardinum.com.pl/pl/p/Wiek-meski-zwycieski/902


„Pielgrzym” 2016, nr 14 (694), s. 33