– Czy ty mnie kochasz? – zapytałem.
– Oczywiście, że cię kocham – odpowiedziałam. – Siedzę z tobą przy śniadaniu i cieszę się, że możemy porozmawiać. Słucham, co mówisz na rozmaite tematy związane z polityką czy życiem społecznym – interesują mnie twoje poglądy. Wsłuchuję się w to, co przeżywasz w pracy zawodowej, jakie masz trudności i problemy. Chyba dostrzegasz, że mnie to interesuje?


– Tak, mnie też interesują twoje kłopoty. Bardzo mi to pomaga, że mogę z tobą porozmawiać o wszystkim. Czasem masz takie niekonwencjonalne podejście, które w pierwszej chwili mnie bawi. Myślę sobie, co możesz wiedzieć np. o sieci telefonicznej? Po chwili dochodzę do wniosku, że właśnie twoje spojrzenie dyletanta pozwala widzieć inaczej mój problem, a w dodatku ma to swój urok. I wzruszasz mnie, gdy tak przejmujesz się sprawami, na których nie bardzo się znasz, a które mnie dotyczą.

– O miłości mogę mówić bez końca, ale czuję ją najbardziej w twoich oczach. Niestety, gdy złościsz się i pokrzykujesz na mnie, jest mi przykro i czuję się wtedy samotna.

– Przepraszam, wczoraj byłem taki zmęczony po intensywnej pracy, a w domu nie mogłem znaleźć ważnych dokumentów. Dobrze że nasze dzieci nie słyszały tych moich wymówek. Żałuję, że gdy były małe, nieraz były tego świadkami.
Niektórzy rodzice często się kłócą w obecności dzieci, a gdy wzajemne relacje ulegną pogorszeniu, dochodzą do wniosku, że będzie lepiej, jeśli się rozejdą. Zdarzają się tacy małżonkowie, którzy nie mogą się dogadać w żadnej, najbardziej błahej sprawie.

– Tak. I ciągle się kłócą, a ich kłótnie przeradzają się w awantury, nawet z wypominaniem błędów rodziców i dziadków. Ale rozwód w takiej sytuacji przypomina mi próby radzenia sobie z chorobą przez zabicie chorego. Jeśli para małżeńska nie radzi sobie z porozumieniem, nie oznacza to przecież, że małżeństwo jako instytucja jest złe. Nie pobierają się wszak idealne osoby, tylko ludzie „z krwi i kości”, czyli z określonymi temperamentami i swoją historią życiową. Mimo to mogą się porozumiewać i kochać. Dobrze byłoby, aby oboje tego chcieli. Takich nas Pan Bóg stworzył i nam błogosławi, stanowiąc małżeństwo. Z biegiem naszych małżeńskich lat coraz bardziej jestem przekonana, że Bóg daje siłę do przezwyciężania różnych trudności. Sztuką jest otwarcie się na Bożą łaskę.
Mówiąc teraz o walce z chorobą przez „unicestwianie chorego”, przypomniałam sobie doniesienia medialne zachęcające do aborcji, gdy stwierdzi się poważną wadę u dziecka w łonie matki – a to w imię rzekomego dobra tego dziecka i matki.

– Ja, jako mężczyzna i ojciec, nie mogę znieść myśli, że są rodzice, którzy w ten sposób próbują rozwiązać „problem”, gdy dowiedzą się, że ich dziecko w okresie płodowym ma jakąś poważną wadę. Czy uważają, że lepiej będzie, żeby się nie urodziło? Albo, gdy rzeczywiście jest chore, to można je zabić? Co zrobią w innym przypadku, gdy dziecko urodzi się zdrowe, piękne, a potem w wyniku choroby lub jakiegoś zdarzenia stanie się kaleką? Też będą się zastanawiali nad jego zabiciem? Na pewno nie!

– Najgorsze jest to, że niektórzy próbują wmówić sobie i innym, że czynią to z miłości. Czy rzeczywiście? Przecież miłość to czynienie dobra, a czy dobrem jest zabicie człowieka? W dodatku skutki takiego czynu dotykają całą rodzinę i mają wpływ na życie wszystkich bliskich osób. Są też skutki społeczne.

– Popatrz, zaczęliśmy mówić o naszej miłości, a temat się „rozlał”. No i teraz rozmawiamy już o sprawach bardzo poważnych, dotyczących innych osób. Dochodzą do nas ciągle nowe, wstrząsające informacje. Na przykład niedawno opinia publiczna została poruszona wiadomością o przypadku kobiety, która podzieliła się swoim dramatycznym doświadczeniem surogatki. Co właściwie oznacza słowo „surogatka”?

– Jest to zastępcza matka, która użycza swojego łona, aby w nim dojrzewało cudze dziecko, rodzi je i potem oddaje. Niedawno w naszym kraju tak postąpiła pewna kobieta, chcąc w ten sposób zarobić pieniądze na utrzymanie swoich dwojga dzieci. Zrobiła to z miłości do nich. Naturalną koleją rzeczy – choć początkowo broniła się przed tym – pokochała to dziecko, które nosiła przez dziewięć miesięcy pod swoim sercem. Zgodnie z umową, synka po urodzeniu zabrał ojciec, który wraz ze swoją żoną chce go wychowywać, gdyż go kocha i chce dla niego jak najlepszego losu. Czy chłopczyk będzie jednak szczęśliwy po oderwaniu od matki, która z nim była od początku? Kobieta, która urodziła dziecko, ma do niego jakieś prawo. Ona razem z córkami tęskni za narodzonym, który w istocie nie jest ani jej genetycznym synem, ani bratem jej dzieci.

– Zatem, co ma być dobre dla tego chłopca: życie z matką, która go urodziła, ale której genów nie posiada, czy z ojcem, z którym jest genetycznie związany? Sądzę, że gdyby ci ludzie kierowali się prawdziwą miłością, nie dopuściliby do takiej sytuacji. Bóg ma plan dla każdego małżeństwa. Małżeństwa bezdzietne mogą wybrać inną drogę spełnienia swoich potrzeb rodzicielskich.

– Pozornie wydaje się, że powoływanie do życia dzieci metodami sztucznymi (in vitro) dokonuje się z pozytywnych pobudek. Mówi się też, że czyni się to dla dobra małżonków. Jednak różne przypadki i pomysły z tym związane dowodzą, że często prowadzi to do nieszczęścia. Czy zatem rzeczywiście robi się to z miłości? Czy jest to dobre dla matki, u której trzeba przeprowadzać stymulację hormonalną w celu wytworzenia przez jej organizm wielu jajeczek do zapłodnienia w laboratorium? Jej organizm zostaje wyprowadzony z subtelnej równowagi hormonalnej, którą trudno potem przywrócić.

– A dzieci? Czy powoływanie dzieci w ten sztuczny sposób nie odbije się negatywnie na ich dalszym życiu? Czy z miłości zamyka się nadliczbowe zarodki dzieci w kapsule i zamraża? (Zdolne one są do życia tylko przez określony czas, potem obumierają).
Obecnie w kinach wyświetlany jest niezwykle dramatyczny film o rodzinie, w której małżonkowie zdecydowali się na urodzenie kolejnej córki z zastosowaniem metody in vitro, w celu leczenia ich starszej chorej córki (chodziło o przeszczepy, których organizm nie odrzuci). Pokazano, że zabiegi te spowodowały różnorodne skutki somatyczne i psychiczne dla obydwu dziewczynek. Cały ten proceder okazał się bardzo kontrowersyjny. Miał on wpływ nie tylko na te dwie siostry, ale na życie całej rodziny i spowodował wiele cierpień. Może więcej, niż gdyby nie korzystano z osiągnięć nauki.

– Jest takie powiedzenie: można czynić wszystko, ale nie wszystko przynosi korzyść. Próbuje się wykorzystywać osiągnięcia nauki dla polepszenia tzw. jakości życia. Potem okazuje się, że każdy rozumie to określenie inaczej. Przecież „rodzice” chłopca urodzonego przez zastępczą matkę bardzo wiele poświęcili dla tego dziecka. Tak samo rodzice próbujący uratować od śmierci córkę chorą na raka. Chyba żadnej z tych osób nie można odmówić dobrych intencji.

– Jednak nie wystarcza kierowanie się własnymi intencjami w trudnych i skomplikowanych sprawach życiowych. Potrzebne jest światło Boga, który jest Miłością. Sprzeciwianie się prawu naturalnemu sprowadza rozczarowania i cierpienia.

Rozmawiali:
Maria i Janusz Długońscy


Małżonkowie Maria i Janusz Długońscy prowadzą w Gdyni ruch rekolekcyjny "Spotkania Małżeńskie", który służy pogłębianiu i umacnianiu więzi małżeńskich. Więcej informacji na stronach www.spotkaniagdynia.pl. (Fot. T. Woźniak))

 


„Pielgrzym” 2009, nr 18 (516), s. 20-21

– Czy ty mnie kochasz? – zapytałem.
– Oczywiście, że cię kocham – odpowiedziałam. – Siedzę z tobą przy śniadaniu i cieszę się, że możemy porozmawiać. Słucham, co mówisz na rozmaite tematy związane z polityką czy życiem społecznym – interesują mnie twoje poglądy. Wsłuchuję się w to, co przeżywasz w pracy zawodowej, jakie masz trudności i problemy. Chyba dostrzegasz, że mnie to interesuje?