Wiele lat temu, kiedy mieszkałem w Kartuzach, spotkałem pewną niezwykłą osobę. Był to brat Józef Przybysz ze Zgromadzenia Braci Serca Jezusowego, który przez kilka miesięcy posługiwał w parafii Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny, czyli w tzw. „Kolegiacie”. To właśnie jemu (mogę to powiedzieć bez cienia wątpliwości) zawdzięczam powołanie do kapłaństwa.


Brat Józef, będąc człowiekiem niezwykle pokornym, posiadającym wyjątkową umiejętność przyciągania ludzi do Kościoła, nauczył mnie pewnej praktyki, którą wypełniam po dziś dzień: zaszczepił we mnie duchowy obowiązek modlitwy w intencji beatyfikacji tak zwanych Sług Bożych. Mówił: „Piotrze, przez ich wstawiennictwo można sobie i innym bardzo wiele u Pana Boga wyprosić. Jak się za nich będziesz modlił, staną się prędzej czy później świętymi i tym samym będą nas wspierać w dążeniu do nieba”. Autentyczne świadectwo modlitw brata Józefa w tej ważnej intencji niemalże automatycznie skłoniło mnie do stosowania podobnej praktyki. W tamtym czasie wskazał mi kilka osób, za które miałem się modlić, aby zostały wyniesione na ołtarze. Byli to: dzisiejsza już Święta Matka Teresa z Kalkuty, Brat Józef Zapłata (męczennik z Dachau) oraz Ojciec Pio (również niedawno, bo czternaście lat temu,  kanonizowany). Na podstawie modlitewnych doświadczeń w intencji Sług i Służebnic Bożych dochodzę do dwóch następujących wniosków: mamy do czynienia z bardzo ewidentnymi owocami naszych modlitw w postaci kanonizacji wielu z nich, o czym świadczą wspomniane chociażby niektóre z wymienionych przeze mnie osób, dzisiaj już święte. Nasze  modlitwy bardzo skutecznie do tego się przyczyniają. Owszem, można by powiedzieć, że prawdziwa świętość de facto nie potrzebuje naszego modlitewnego wsparcia, niemniej jednak w Kościele istniała, istnieje i istnieć będzie praktyka modlitw wznoszonych do Boga z prośbą o wyniesienie do chwały ołtarzy osób otoczonych szczególną czcią wiernych. Dlatego też trzeba przypomnieć (może przy okazji omawiania wartości modlitw za zmarłych), że nie należy w tzw. „zdrowaśkach” czy „wypominkach” wymieniać kogoś, kto już jest Sługą Bożym, z czym my, jako kapłani, wielokrotnie się  spotykamy. Niektórzy, na przykład w listopadzie, na kartkach wypisują intencje typu: „Módlmy się za duszę śp. kard. Wyszyńskiego”. To niepoprawna prośba! Jako Sługa Boży, Prymas Tysiąclecia potrzebuje modlitwy o beatyfikację, a nie o zbawienie duszy.
Po wtóre, modlitwa o beatyfikację Sług Bożych wiąże się z bardzo konkretnymi owocami duchowymi. Te łaski można podzielić na dwie grupy. Po pierwsze ludzi gromadzących dokumenty w procesie beatyfikacyjnym interesują „suche fakty”. Oznacza to, że muszą one być potwierdzone przez uprawnione do tego instancje. Konkretny cud nie może opierać się na deklaracjach, zapewnieniach czy osobistych odczuciach. W tym przypadku mówimy o cudzie zatwierdzonym przez Kongregację ds. Świętych. Modlitwa połączona z kultem danego Sługi czy danej Służebnicy Bożej może do tego prowadzić. Natomiast z drugiej strony, nikt nie zabrania nam wszystkim wierzyć, że wstawiennictwo Sług Bożych jest bardzo żywo obecne w naszym osobistym życiu. Ci, za których się modlimy, bardzo konkretnie mogą nam pomagać. Trudno tego typu pomoc udowodnić czy udokumentować.
Chciałbym natomiast podzielić się pewnym osobistym doświadczeniem i jednocześnie wiarą w szczególne wstawiennictwo mało znanej w Polsce Służebnicy Bożej. Chodzi o siostrę Marię Teresę Dudzik. Choć dla mnie jej pomoc ma znamiona cudowności, jest to – chciałbym bardzo mocno to podkreślić – moje własne, być może subiektywne odczucie. Mogę jedynie moje doświadczenie z nią związane poddać czytelnikom pod rozwagę. Otóż tego roku, gdy przebywałem w Stanach Zjednoczonych (w stanie Illinois), okazało się, że miejsce mojego pobytu było położone tylko 10 mil od miejscowości Lemant. Tak się składa, że już wcześniej w Polsce słyszałem, iż mieszka tam siostra Małgorzata Alacoque Czartoryska. Postanowiłem zatem w drugim dniu mojego pobytu w USA odwiedzić tę sędziwą już zakonnicę. Bardzo mnie zdziwiło, że ta dziewięćdziesięcioczteroletnia siostra zakonna jest bardzo mocno związana z diecezją pelplińską, a konkretnie z miejscowością Płocicz niedaleko Kamienia Krajeńskiego. Gdy oprowadzała mnie po muzeum w domu zakonnym, moją uwagę przykuł pewien szczegół: pokazując mi obraz kościoła w Kamieniu Krajeńskim, siostra Alacoque palcem przeskoczyła szybko na zdjęcie przedstawiające były dom Państwa Dudzików w Płociczu. I wtedy franciszkanka z Chicago powiedziała: „A to jest dom, w którym mieszkała nasza założycielka Matka Teresa Dudzik – kandydatka na ołtarze,  ona wciąż potrzebuje cudu i rozsławiania jej opinii świętości”. Wtedy pomyślałem: „A po co Bóg mnie przysłał aż tak daleko do tego miejsca? Czy to przypadek?”. Od tego dnia zacząłem modlić się o beatyfikację Matki Teresy oraz postanowiłem zgłębić nieco wiedzę na jej temat.
Patrząc na jej przypadek z formalnego punktu widzenia, trzeba stwierdzić, że Matce Teresie Dudzik już przypisuje się pewien cud. W roku 1972 Jerry Lisiecki odniósł poważne rany na skutek wypadku kolejowego. Znajdował się w śpiączce i możliwość jego ewentualnego powrotu do zdrowia określano w czarnych kolorach. Matka Jerry’ego udała się na grób siostry Teresy Dudzik i gorąco prosiła o uzdrowienie syna. Zabrała z sobą listki rośliny rosnącej na grobie i położyła je na ciele syna. Jerry Lisiecki w niewytłumaczalny sposób powrócił do zdrowia. Sprawozdanie o tym (cudownym) przypadku przekazano do Rzymu, jednakże w 2010 roku siostry zgromadzenia założonego przez Służebnicę Bożą otrzymały informację, że na skutek braku wystarczającej ilości dokumentacji Kongregacja ds. Świętych nie uznała cudu. Tak więc sprawa beatyfikacji jest ciągle otwarta. Potrzeba zatem modlitwy nas wszystkich. Można powiedzieć, iż jest to nade wszystko zadanie dla naszych braci i sióstr zza oceanu. Niemniej jednak jeszcze raz chciałbym przypomnieć, że wywodzi się ona z naszej diecezji. Stąd też, obok księdza Biskupa Dominika oraz męczenników II wojny światowej, również i ona powinna znaleźć miejsce w naszych modlitwach. Zachęcam do tego wszystkich, ponieważ osobiście odnoszę wrażenie, że Matka Teresa bardzo mi pomogła.
Miejsce, w którym przebywałem w Stanach Zjednoczonych, było dla mnie zupełnie obce: nowi ludzie, nowe spotkania, nowe doświadczenia. Wcześniej kilka razy byłem w innym stanie – w Wisconsin. Powiedziałem sobie zaraz po informacjach zdobytych od siostry Czartoryskiej: „Matko Tereso Dudzik, jeśli Ty mi pomożesz odnaleźć się w tej nowej dla mnie rzeczywistości, ja Cię w Polsce rozsławię”. Może to dla kogoś wydawać się niemalże bajeczne, ale wysłuchał mnie Bóg przez jej wstawiennictwo i to z „nadwyżką”. Zdarzył się dziwny zbieg okoliczności: podczas drogi powrotnej do Polski na lotnisku O’Hare w Chicago czytałem fragment publikacji pt. „Sprawy Chicagowskiej beatyfikacji i kanonizacji Służebnicy Bożej Marii Teresy Dudzik”. Ujął mnie wtedy wątek jej cierpienia wynikający z niezrozumienia ze strony najbliższych współpracowników. Postanowiłem dalszą część biuletynu przeczytać w domu i włożyłem go do bagażu podręcznego. Niestety, w niewytłumaczalnych okolicznościach bagaż zaginął w Berlinie. Martwiłem się, gdyż miałem w tym bagażu ważne dla mnie rzeczy. Gorąco modliłem się wówczas przez wstawiennictwo Matki Teresy Dudzik o rozwiązanie problemu, czego świadkami są domownicy parafii św. Wojciecha w Starogardzie Gd. i nie tylko oni. Po kilku dniach wątpliwości zostały rozwiane. Matka Teresa Dudzik pomogła mi. Bagaż został kurierem dostarczony do parafii. Tego nie da się udokumentować, ale ja osobiście wierzę, że to jej zasługa! Może warto podjąć tak chwalebną praktykę modlitwy o beatyfikację naszych Sług Bożych. Oni czekają na naszą modlitwę. Oni chcą wykazać się cudami. Chcą pomagać nam w naszych osobistych trudnościach. Oni pragną wejść w nasze problemy i z woli Bożej zaradzić im. Czy my jednak, mając tego świadomość, chcemy z tej ogromnej szansy skorzystać?

ks. Piotr Lubecki







„Pielgrzym” 2016, nr 20 (700), s. 24-25

Wiele lat temu, kiedy mieszkałem w Kartuzach, spotkałem pewną niezwykłą osobę. Był to brat Józef Przybysz ze Zgromadzenia Braci Serca Jezusowego, który przez kilka miesięcy posługiwał w parafii Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny, czyli w tzw. „Kolegiacie”. To właśnie jemu (mogę to powiedzieć bez cienia wątpliwości) zawdzięczam powołanie do kapłaństwa.