Jak powszechnie wiadomo, najlepsze truskawki rosną na Pomorzu. Właśnie zaczął się sezon i w końcu możemy się nimi bezkarnie objadać.


Było tuż przed południem 21 października 1805 roku, gdy na bezanie flagowego okrętu admirała Horacego Nelsona załopotała ostatnia flaga sygnałowa.


„Co masz zawsze w lodówce?” – na to pytanie utalentowany polski szef kuchni, Aleksander Baron, odpowiedział: „Jajka i masło”.


Taka jest prawda. W polskiej kuchni nic nie szokuje. Nie mamy sera z robalami, nie mamy pieczonych larw i gnijących ryb.


Jestem pewien, że istnieją ludzie, którzy nigdy nie jedli pizzy. Są to członkowie jakichś nieodkrytych indiańskich plemion lub gromady nomadów z pustynnych stepów. Poza tym nie ma już na świecie miejsc, gdzie włoski placek jeszcze nie dotarł.


Chef Kacper spowodował, że mój brat zjadł ozory. Spowodował także, że jak tylko w karcie są policzki wołowe, to pędzę tam tak szybko, że mój rower zmienia geometrię skrzydeł.


Sobota to taki dzień, kiedy mogę sobie z rana pofolgować. Mam tempo, jak średniej wielkości leniwiec. No i poświęcam bardzo dużo czasu na śniadanie.


Zazwyczaj mamy utartą wiedzę o różnych kuchniach. Najczęściej bardzo mylną.


Taka jest prawie zawsze codzienna afrykańska kuchnia. Dużo wypełniacza, jak ugali czy ryż, i trochę dodatków. Kuchnia biedy.


Nie wyobrażam sobie kuchni bez czosnku. Mam go zawsze. Leży sobie w wiklinowym koszyczku i czeka. Zwykle niezbyt długo.


O tym daniu, rodem z carskiej Rosji, słyszał każdy. Jak głosi legenda, przez lata zawędrowało do każdego domu i zyskało słuszną sławę.


Trzeba przyznać, że unikałem tego sojowego twarożku jak ognia. Nie ufałem mu. Ale zmieniłem zdanie i teraz twierdzę, że tofu wcale nie jest „tfu, tfu”.


Tytuł może sugerować, że w tym felietonie będę wyprowadzał Żydów z niewoli i zajmę się fenomenem manny. Innym razem. Po prostu chcę zwinąć Egipcjanom ich fajną zupę.