Moje uwielbienie dla tej prostej potrawy wróciło dzięki włoskiemu kamuflażowi. Bo czymże innym są italskie gnocchi, jak nie kopytkami?


Dawno, dawno temu w Londynie pewien pan o imieniu Karol skończył pisać swoje wielkie dzieło. Uśmiechnął się i potargał gęstą brodę. Był zadowolony. Pan Karol właśnie napisał o tym, że własność prywatna jest złem, religia to opium dla mas, że wszyscy powinni pracować dla państwa – nie dla siebie – i że wszystko powinno być wspólne. Potem zgraja bandytów, której szefem był pan Włodzimierz, stwierdziła, że dyrdymały pana Karola świetnie nadają się do szwindlu o nazwie rewolucja. Po niej, zamiast ludu, rządziły zbiry, ludzkie życie było bez wartości i wszystko było wspólne, czyli niczyje. I nie było co jeść. Nie przeszkadzało to jednak różnym łajdakom wierzyć w bzdury panów Karola i Włodzimierza.

Wiele lat później chłopiec o imieniu Sławek wszedł do kuchni i usiadł przy stole na taborecie. Był grudzień. Zaledwie kilka dni wcześniej pan generał Wojciech zauważył, że jego niewolnicy (w tym rodzina małego Sławka) coś ostatnio zbyt podskakują, i zafundował im wojnę. Niektórym zabrał życie. A reszcie prąd, ogrzewanie i większość jedzenia. Sławek już się przyzwyczaił do prostego i – co tu ukrywać – niezbyt zdrowego dla dziesięciolatka menu. Na śniadanie i kolację chleb z dżemem. A teraz właśnie babcia podawała chłopcu obiad – odgrzane kopytka polane tłuszczem z patelni oraz kiszony ogórek. Na szczęście kilka lat później wiele się zmieniło. Sławek podrósł i zdał maturę, a pan generał Wojciech, być może w nagrodę za zabieranie życia, jedzenia, ogrzewania i prądu, został prezydentem. Koniec bajki. 

Naprawdę przez wiele lat miałem uraz do kopytek. Sami rozumiecie, że kojarzyły mi się bardzo źle. Potem moje uwielbienie dla tej prostej potrawy wróciło dzięki włoskiemu kamuflażowi. Bo czymże innym są italskie gnocchi, jak nie kopytkami? Gdy fascynowała mnie włoska kuchnia oraz Gina, Sofia i samochody Maserati, próbowałem robić wszystko, łącznie z własnymi gnocchi. Pierwsza próba była wspaniała. Kluski doskonale się ugotowały. Podsmażyłem je na maśle z groszkiem i wtem coś mi odbiło. Dodałem kiełbasę chorizo. Cóż, skromne multi-kulti poniosło klapę. Czułem smak hiszpańskiej kiełbasy, o tak – bardzo wyraźnie, ale nic poza tym. Nie zraziłem się. Kolejne gnocchi były duże, okrągłe i zielone od szpinaku, w pomidorowym sosie. Pałaszowałem je, cmokając z zachwytu. Gdy już rutyniarsko gniotłem kolejne, ktoś mnie zapytał, jak je robię. Opowiedziałem. – Aha, czyli tak jak kopytka – podsumował pytający. – Coooooo?!   

Przeprosiłem się z kopytkami. Przecież nie były niczemu winne. A tak wdzięcznie spełniają swoją rolę w kuchni. I prosto. Potrzebne są jedynie ugotowane ziemniaki, mąka, jajko i sól. Ale można je smakowo podkręcić, dodając świeże zioła, szpinak, parmezan, a nawet ziemniaki zastąpić ugotowaną dynią. Ciasto należy wyrobić tak, by było luźne oraz lekko klejące, bo inaczej kluski będą twarde. Gotujemy je do momentu, aż wypłyną. I tutaj mamy pole do popisu, bo i same w sobie razem z sosami są świetną potrawą, a jako dodatek wspaniale pasują do mięs i warzyw. Kombinacji są tysiące. Zaledwie kilka dni temu ugotowałem sobie gnocchi-kopytka. Potem wydrylowałem cukinię i pokroiłem ją w drobną kostkę. Usmażyłem na maśle, dorzuciłem posiekane liście szałwii, doprawiłem solą i pieprzem i przez pół minuty mieszałem na patelni. Dodałem porcję gnocchi, mieszałem przez kolejną minutę i wyłożyłem na talerz. Szczodrze posypałem parmezanem. To przepyszne danie z kopytkami w roli głównej pochodzi od Gina D’Acampo, którego serdecznie pozdrawiam.

Sławek Walkowski






„Pielgrzym” 2016, nr 25 (705), s. 37

Moje uwielbienie dla tej prostej potrawy wróciło dzięki włoskiemu kamuflażowi. Bo czymże innym są italskie gnocchi, jak nie kopytkami?