Sałatkami można poczęstować koleżankę na plaży, nie narażając się na: „Dlaczego tu tyle mięsa? Zwariowałeś?!”.


Późna wiosna i lato to najwspanialszy czas na jedzenie w naszej okolicy. Mamy wspaniałe, właśnie dojrzewające warzywa i pierwsze tegoroczne owoce. Dzięki latu, które przypomina najbardziej słoneczne dni w Szkocji w lasach wyskakują spod igliwia kurki, a nawet prawdziwki. To najlepszy okres na wędkowanie i pochwycenie dorodnego pstrąga czy pysznych sardynek i kalmarów. A wielbiciele mięs zachwycają się teraz jagnięciną.

Nic zatem dziwnego, że latem króluje świeżość i lekkość. Bo jakoś dziwnie, bez sensu i raczej niezdrowo zajadać się w słońcu grochówką z przysmażonymi plastrami boczku, a na drugie wciągać duszoną karkówkę w piwie. Naturalnie, nikomu tego nie zabraniam, bo każdy je to, co lubi. Ja natomiast latem lubię jeść sałatki. Wiem, to odważne stwierdzenie. Ale tak po prostu mam. I akurat nie jestem wielbicielem musicali, nie noszę zielonej marynarki i różowej koszuli, a na pedicure nie byłem nigdy w życiu. Natomiast sałatki wciągam namiętnie, nawet oglądając rugby, podczas którego zawodnicy urywają sobie głowy.

Dlaczego sałatki? W miarę szybko można je przygotować. Często nie wymagają cieplnej obróbki. Można w nich wykorzystać coś z wczorajszego obiadu czy kolacji. Wiele zależy od naszej inwencji i mogą być naprawdę świetnym obiadem. Można nimi częstować koleżankę na plaży, nie narażając się na: „Dlaczego tu tyle mięsa? Zwariowałeś?!”. Warto mieć je w menu, bo wbrew pozorom latem wcale nie jemy mniej. I jeszcze chętniej sięgamy po owoce (cukier), pieczywa, makarony (węglowodany) i słodkości (cukier, cukier i nic więcej). Sorry, ale jedząc lody, nie zużywacie aż takiej ilości energii na ogrzanie ciała, która równoważyłaby to wiadro kalorii ze śmietany i czekolady. Czyli tyjecie.

Nie ma restauracji czy bistro na świecie, które nie ma w menu sałatek. Okej, pewnie są, generalizuję. Ale w większości – sałatki są zawsze. Jest wśród nich trochę międzynarodowych, światowych hitów, trochę lokalnych specjałów oraz cała masa wynalazków autorstwa międzynarodowej siatki terrorystycznej ekologów, wegan i wyznawców fitness. Interesują mnie dwie pierwsze grupy. Zdrowe, acz treściwe dania, a nie zielone imitacje pokarmu dla ślimaków.

O sałatce choriatiki, zwanej też grecką, nie muszę wiele pisać. Ósemki pomidorów, plastry świeżego ogórka, piórka papryki, liście bazylii, oregano, oliwa, sok z cytryny, ser feta i najlepsze na świecie oliwki Kalamata z Peloponezu. Klasyk, który z białym, chłodnym winem powala. Sałatce nicejskiej poświęciłem osobny felieton, poszukajcie. Co powiecie na ugotowaną na chrupko fasolkę szparagową z porwaną rzymską sałatą, paskami upieczonego indyka, winegretem i majonezem kalafiorowym? Dalej – upieczone i obrane zielone oraz czerwone papryki kroję na szerokie pasy, dodaję oliwki i kapary, kładę kilka filetów anchois albo sardynek w oleju, oliwę i pokrojone w kostkę grzanki. Kolejna – młody szpinak mieszam z kawałkami pieczonej papryki, na to kładę usmażone z szalotką kurki, kilka przepiórczych jajek na miękko i polewam winegretem z anchois. Teraz moja wariacja sałatki Cezara. Liście sałaty rzymskiej myję, suszę i wkładam do lodówki na 20 minut. Miksuję oliwę, ocet winny, słodką musztardę, fileciki anchois, sos worcester i ugotowane żółtko jajka na gładki sos. Sałatę rwę, dodaję małe grzanki z oliwą i czosnkiem, kładę plastry pieczonego kurczaka, posypuję parmezanem i polewam sosem. Wariacji może być mnóstwo, tak samo w innych sałatkach. Wyobraźni wam nie brakuje, zatem powodzenia. I z daleka omijajcie fit.

Sławek Walkowski

Fot. S. Walkowski


„Pielgrzym” 2017, nr 16 (722), s. 37

Sałatkami można poczęstować koleżankę na plaży, nie narażając się na: „Dlaczego tu tyle mięsa? Zwariowałeś?!”.