Ramen to japoński fastfood, dostępny niemal w każdej budce – taki odpowiednik naszego rosołu. Ale potrafi zaskakiwać.


Kilkanaście dni temu wyciągnąłem mojego brata na trzecią już edycję imprezy „Najazd foodtracków na Stocznię Gdańską”. Na starym nabrzeżu w niedzielne przedpołudnie stanęło kilkanaście aut. Każdy z nich oferował własną wersję ulicznego jedzenia. Foodtracki pojawiły się u nas zaledwie 3–4 lata temu, ale radzą sobie świetnie. Nie znajdziecie już imprezy plenerowej bez jakiegoś auta z przekąskami. Samochody są modne, bo oferują uliczne jedzenie dobrej jakości i starają się o różnorodność. Najpopularniejsze są burgery, dlatego że moda na nie jakoś nie przemija. Ale są też pierogi, naleśniki, meksykańskie tacos i burrito, frytki, zapiekanki, szaszłyki, panini, skrzydełka, placki, a nawet pizze z pieca opalanego drewnem. Są ludzie, którzy wcisnęli do furgonetki piec do pizzy!
Nowoczesne uliczne jedzenie zawiera w sobie hasło grab&go, czyli „złap i idź”. Foodtracki oferują nieskrępowane jedzenie w torebce, na tacce czy patyku. Na wspomnianej imprezie właśnie pierwszą przekąskę dostałem na tekturowej tacce, a sztućce zastąpiła mi wykałaczka. Nabijałem sobie na nią smażone ślimaki z czosnkiem i pietruszką. Szkoda, że nie było bagietki. Mimo to zjadłem dwie porcje, bo mój brat porzucił swoją na rzecz tortilli z polędwicą wieprzową. Za to obaj zgodnie stanęliśmy przed jednym z samochodów, stając się kolejkowiczami nr 1 i 2. Foodtrack, noszący imię mojej ukochanej japońskiej rasy psów Akita, serwował oczywiście dania z kraju mangi i niepsujących się samochodów. Ramen to japoński fastfood, dostępny niemal w każdej budce – taki odpowiednik naszego rosołu. Dokładnie ramen to rodzaj pszennego makaronu, który jest w zupie, ale nazwa przylgnęła do całości. Nie ma jednorodnego przepisu i podejrzewam, że są ich miliony z racji tego, gdzie jest przygotowywany, i z powodu różnych ciekawych składników. Potrafi być niecodzienny, wyjątkowy, a czasami nawet bardzo wykwintny – jeśli na przykład składa się z dwóch bulionów, kaczych języczków, wołowiny Wagyu, śliwek czy dojrzewającego boczku – marynowanego przez kilka dni i gotowanego przez półtorej doby, jak robi to Luiza w „Ramen Girl”.
Zatem moja wersja: 5 suszonych grzybów shitake zalewam wrzątkiem i zostawiam na kilka godzin. 2 cebule, 4 marchewki, kawałek imbiru, 1 korzeń pietruszki i pół selera układam na blasze do pieczenia. Dodaję 4 udka z kurczaka, 4 skrzydełka, wszystko posypuję solą oraz pieprzem i piekę w 200 stopniach przez 20–25 minut. Potem przekładam zawartość blachy do dużego garnka, dodaję grzyby z wodą, 800 g łopatki wieprzowej, kilka ziaren pieprzu oraz kawałek suszonych glonów kombu. Zalewam 3 litrami wody. Doprowadzam do wrzenia, zbieram szumowiny, zmniejszam ogień i gotuję wywar 2 do 2,5 godziny. Przecedzam i na większym ogniu gotuję, aż zredukuje się przynajmniej o 1/3. Jeszcze raz przecedzam, wywar musi być przejrzysty, klarowny, lekko słodkawy o bardzo intensywnym smaku. Doprawiam sosem sojowym, mirinem, a nawet sake. Gotuję przez 4 minuty 200 g fasolki szparagowej. W ostatniej minucie dorzucam miseczkę posiekanych liści kapusty pekińskiej. Potem przez 3 minuty 400 g makaronu ramen i przez 1,5 minuty kilka jajek przepiórczych. W miseczkach układam makaron, fasolkę z kapustą, grzyby z wywaru, pokrojoną w cienkie plastry wieprzowinę, pędy bambusu, jajka, posiekaną dymkę lub szczypior, zalewam gorącym wywarem i posypuję posiekaną papryczką chilli oraz uprażonymi ziarnami sezamu. No i z radości wznoszę okrzyk Banzai ramen!

Sławek Walkowski



„Pielgrzym” 2016, nr 16 (696), s. 37

Ramen to japoński fastfood, dostępny niemal w każdej budce – taki odpowiednik naszego rosołu. Ale potrafi zaskakiwać.