Taka jest prawda. W polskiej kuchni nic nie szokuje. Nie mamy sera z robalami, nie mamy pieczonych larw i gnijących ryb.


Całkiem niedawno na pewnym poczytnym portalu trafiłem na artykuł o polskich potrawach. Potrawach, które mogłyby okazać się obrzydliwe dla obcokrajowców. Hm, w czasach tak głębokiej globalizacji nie wiem, czy jakikolwiek turysta odwiedzający naszą ojcowiznę mógłby choć lekko unieść jedną brew. Internet pełen jest zdjęć i opisów najróżniejszych kulinarnych dziwactw, a także filmów z wymiotującymi i plującymi ludźmi, którzy właśnie wsadzili sobie do ust kawałek zgniłej ryby. Poza tym nasza emigrująca do najdalszych zakątków globu młodzież z pewnością już nie raz zapraszała na niedzielny polski obiad swoich żółtych, czarnych, śniadych, piegowatych, siedzących po turecku, mających w nosie patyk, odzianych w futra, wymalowanych gliną i używających języka kaszlnięć sąsiadów. I jeszcze uderzmy się w pierś i przyznajmy – nasza kuchnia, choć fajna, barwna i smaczna, nie obfituje w spektakularne, zaskakujące i dziwaczne dania.
Zaraz, zaraz, powie ktoś. A nasz sztandarowy bigos?! Sfermentowana kapusta, gotowana z wysuszonymi grzybami i śliwkami, tłustym mięsem dzikich świń z lasu, zamrażana, a potem znowu gotowana i tak jeszcze w kółko ze trzy razy? Cóż, kiszonki już na nikim nie robią wrażenia, a głównie z powodu kiszących Azjatów i zachwytów bladych twarzy nad azjatycką kuchnią, w której jest kiszona sałatka kimchi.
Jasne, mamy w naszym repertuarze zupę z gęsiej krwi. I kiełbasę ze świńskiej. I co z tego? Hiszpan od dawna wsuwa swoją krwawą kiszkę zwaną morchilla. Gdy będziecie w Wietnamie zamawiać węża, wcześniej dostaniecie do wypicia jego krew i setkę wódki z wężowym sercem. A dumny Masaj, gdy siedziałem w jego chacie na afrykańskiej sawannie, podkreślał, że w ich diecie wciąż jest popularne picie krwi prosto z krowiej szyi.
O naszym marynowanym czy solonym śledziu nawet nie warto wspominać, bo na łopatki kładzie go ten szwedzki, co nazywa się jak maść na pryszcze, a jeńców nie bierze islandzki hákarl – sfermentowany i suszony rekin.
No dobrze, a flaczki? Nic dziwnego, wspomnę choćby trippa alla romana – flaki po rzymsku. Smalec na chleb? Ostatnia moda sprawiła, że jest pełen skwarek, szalotek, śliwek, jabłek i przypraw – i wcale nie przypomina zabójcy serca. W dodatku to smalec, zwykły smalec, na którym smaży połowa świata, wybierająca „smaczne”, zamiast „zdrowe”.
Taka jest prawda. W polskiej kuchni nic nie szokuje. Nie mamy sera z robalami Casu Marzu, jak Sardynia. Nie mamy pieczonych larw ciem Witchetty Grubs, jak Australijczycy. Nie mamy gotowanych kaczych zarodków w jajku balut, jak Filipiny. U nas nikt nie znajdzie mrówek w czekoladzie, pieczonych pająków, szaszłyków ze świerszczy, gnijących ryb, foki nadziewanej ptakami, kotletów z much czy choćby zupy z ptasich gniazd, które są zbudowane ze śliny.
Moglibyśmy zrobić pieczeń z niedźwiedzia, wypchanego bobrami i dzięciołami w sosie z borsuka, ale podejrzewam, że zainteresowaliby się tą potrawą jedynie obrońcy praw zwierząt i leśnicy. Czy z tego wynika, że polska kuchnia jest nudna, bo nie ma w niej szokujących i dziwnych dań? Absolutnie nie. Jak udowodnili to utalentowani szefowie kuchni – Amaro, Baron czy Chrząstowski – wciąż może zaskakiwać, można ją odkrywać na nowo i zachwycać się jej bogactwem – pełnym jędrnych warzyw, wyśmienitych ryb, zacnych wypieków, dojrzałych mięs  i rodzimych ziół. Sałatka z pszczół czy zupa z dżdżownic wcale nie są nam potrzebne. Wcale.

 Sławek Walkowski


Fot. Meutia Chaerani

 


„Pielgrzym” 2017, nr 10 (716), s. 37