Sobota to taki dzień, kiedy mogę sobie z rana pofolgować. Mam tempo, jak średniej wielkości leniwiec. No i poświęcam bardzo dużo czasu na śniadanie.



Udało się. Dorwałem w sklepie pęczek zielonych szparagów. Kupiłbym więcej, ale ten był ostatni. Nie wiem dlaczego, ale jak na razie krucho u nas z tym warzywem. A przecież już powinien trwać na niego sezon. Ani się nie obejrzymy, a przyjdzie połowa czerwca i szparagi będą już wspomnieniem.
Mógłbym kupić jeszcze białe, ale kupcy handlujący na słynnej Hali Targowej w Gdyni postanowili wybić mi ten pomysł z głowy. Oczywiście ceną. No dobrze, skoro miałem tylko jeden pęczek, to musiałem go bardzo dobrze wykorzystać. Tylko co wybrać? Część szparagów postanowiłem zostawić na obiad, a pozostałe… na cudowne śniadanie.
Sobota to taki dzień, kiedy mogę sobie z rana pofolgować. Generalnie mam tempo, jak średniej wielkości leniwiec. Nic zatem dziwnego, że przygotowanie śniadania traktuję podobnie. Nie śpieszę się, tylko celebruję. Kiedy pierwsza kawa i szklanka wody z cytryną znikają w moim wnętrzu, a notowania z giełdy, przemówienia polityków i badania nad migracją płetwali błękitnych akurat opuszczają moją głowę (bo są niepotrzebne), zaczynam przygotowywać posiłek.
W tę sobotę rzuciłem się (oczywiście z prędkością średniej wielkości leniwca) na moje szparagi. Wybrałem pięć najgrubszych. Odłamałem końcówki. Obrałem. Tak, zielone szparagi obieram, czasami zdarza się, że skóra jest za twarda. Następnie zagotowałem wodę, posoliłem i wrzuciłem szparagi na zaledwie trzy minuty. Po tym czasie odcedziłem je i wrzuciłem do miski z bardzo zimną wodą. Taki zabieg sprawia, że gwałtownie przerywa się  gotowanie warzyw, dzięki czemu są jędrne i nie tracą koloru. Potem patelnia. Odrobina masła z oliwą. Przysmażyłem szybko trzy kromki bagietki. Odstawiłem je w ciepłe miejsce, a na tę samą patelnię wlałem nową porcję oliwy i wrzuciłem rozbite jajko. Aby jajko sadzone szybciej się usmażyło, przykryłem patelnię pokrywką.
Na talerzu położyłem ugotowane szparagi. Obok maznąłem porcje sosu holenderskiego. Na szparagi położyłem jajko sadzone, doprawiłem, posypałem szczypiorkiem i paskami parmezanu. Do tego grzanki. Pycha!
A co na obiad? Najprościej byłoby zjeść szparagi z sosem holenderskim, ale nie lubię się powtarzać. Otworzyłem lodówkę. Tak, pieczony schab cielęcy z sosem i szparagami będzie w sam raz. Zacząłem od sosu – skrawki cielęciny wrzuciłem do rondla na rozgrzane masło, dorzuciłem dwie posiekane szalotki, obraną i posiekaną marchew, dwa obrane i pokrojone pędy selera naciowego oraz drobno poszatkowane dwa ząbki czosnku. Jeszcze sól i pieprz. Wszystko poddusiłem przez około 5 minut, a potem wlałem 100 ml wytrawnego białego wina oraz 200 ml bulionu warzywnego. Gotowałem tak długo, aż płyn zredukował się o połowę. Przecedziłem sos, mięso trafiło do psiej miski, a warzywa przetarłem i dodałem do sosu. Powinien być gęsty. Jeśli nie jest, możecie go jeszcze pogotować, aby bardziej odparował.
Czas na mięso. Schab doprawiłem solą oraz pieprzem i przysmażyłem na maśle z oliwą. Potem przełożyłem go do formy, wbiłem termometr i wsadziłem do piekarnika, rozgrzanego do 160 stopni. Ugotowałem szparagi. Poczekałem, aż termometr w piekarniku pokaże, że cielęcina ma 72–74 stopnie. Wyjąłem mięso, zawinąłem w papier do pieczenia i folię aluminiową i odstawiłem na kilka minut. Potem pokroiłem cielęcinę na plastry, ułożyłem na talerzu, polałem podgrzanym sosem, na wierzchu ułożyłem szparagi. Do tego dołożyłem jeszcze porcję ziemniaków dauphinoise, o których już pisałem. To była wspaniała sobota. I bardzo smaczna.

Sławek Walkowski


Fot. S. Walkowski

 



„Pielgrzym” 2016, nr 10 (690), s. 37


Sobota to taki dzień, kiedy mogę sobie z rana pofolgować. Mam tempo, jak średniej wielkości leniwiec. No i poświęcam bardzo dużo czasu na śniadanie.