Trzeba przyznać, że unikałem tego sojowego twarożku jak ognia. Nie ufałem mu. Ale zmieniłem zdanie i teraz twierdzę, że tofu wcale nie jest „tfu, tfu”.


Skąd się wzięła moja niechęć do tofu? Cóż, prawda jest taka, że z czytania książek. I oglądania programów naukowych. Obie te czynności nie tylko poszerzają horyzonty, uczą i bawią, ale też wzbudzają nieufność, podejrzliwość, a czasami i otwartą wrogość. Żeby się do czegoś zniechęcić, wcale nie trzeba sięgać po dzieła towarzysza Uljanowa (bandycki pseudonim: Lenin) o przewodniej roli proletariatu. Wystarczy obejrzeć jeden z wielu filmów o produkcji żywności na świecie.
Dowiedziałem się z niego, że 80% produkcji soi w Ameryce Południowej wysyła się do Europy. Soja ta w większości jest soją zmodyfikowaną genetycznie, bo tylko taką daje się uprawiać na terenach po wykarczowanej dżungli. Dla mnie sygnał był prosty. Nie jedz soi, bo nie wiesz, u diabła, ile tam przy niej majstrowano. Nie jedz soi, bo tworzysz popyt i pod jej uprawy wycina się więcej dżungli. Akurat tym drugim argumentem doprowadzam do rozpaczy wegetarian, którzy nie mogą uwierzyć, że płuca Ziemi wycinane są z powodu sojowych kotlecików, a nie soczystych traw pod hodowlę „hamburgerowych” krówek.
Zacząłem więc omijać wszystko, co miało w sobie choćby promil soi, w tym także słynne tofu, twarożek wytwarzany pierwotnie na Dalekim Wschodzie z mleka sojowego. Fakt – ma w sobie wiele cennego białka i tłuszczów nienasyconych. Można go jeść na zimno, gotować, smażyć i dusić. Jest składnikiem wielu ciekawych posiłków w kuchniach chińskiej czy japońskiej. Smak ma właściwie nijaki, przez co nie dominuje w potrawach, ale chętnie przejmuje smak sosów i przypraw, stając się bardzo ciekawym kąskiem. Jednak i tak po wspomnianym filmie uznałem tofu i samą soję za wrogów ludzkości, takich jak: komunizm, wirus ebola, urząd skarbowy czy islamiści. W sklepach jest mnóstwo produktów, w których składzie znajdziecie soję modyfikowaną. A poza tym „śladowe ilości orzechów, jajek, owoców morza, dżemu, muszelek, piasku i wodorostów”, co jest dowodem na to, że paczkowana czy foliowana żywność jest robiona przez bandę wariatów z workami soi GMO nad brzegiem morza w betoniarce.
Ostatnio spędziłem kilka dni u mojej przyjaciółki w Zachodniopomorskiem. Skoro ona pracowała, ja zwiedzałem miasteczko i przygotowywałem posiłki. Pierwszego dnia wizyty, sprawdzając, co jest do jedzenia, otworzyłem lodówkę i… apage, Satanas! Tofu! Tfu!
Po jakimś czasie przemogłem się i wyjąłem ten twarożek, by mu się przyjrzeć. Pachniał pieprzem i bazylią. Był z Włoch, a nie z Brazylii. Bez GMO (przynajmniej tak napisano na opakowaniu). A, co tam! Raz kozie śmierć…
Do miseczki dodałem po łyżeczce octu winnego, białego wina, musztardy i miodu. Wymieszałem. Dorzuciłem posiekany ząbek czosnku i trzy łyżki oliwy. Zamieszałem, by otrzymać gładki sos winegret. Rozgrzałem na patelni oliwę i wrzuciłem pokrojoną w piórka cebulę. Poddusiłem kilka minut, a potem wsypałem 25 dag grubo pokrojonych pieczarek. Doprawiłem solidnie solą i pieprzem. Dusiłem wszystko jeszcze przez kilka minut, na koniec podsypałem po łyżce posiekanych szczypiorku oraz natki i dodałem pokrojone w kostkę bazyliowe tofu. Na talerzach położyłem różne sałaty, wymieszane z winegretem. Na to nałożyłem po porcji grzybów na tofu. Polałem resztą sosu. Gdy wróciła z pracy Beata, zjedliśmy tę sałatkę z bagietką i białym wytrawnym winem. Było wybornie.
Tak więc mam za sobą swoje pierwsze tofu. I to w dodatku we własnej potrawie. Nie taki straszy ten sojowy twarożek, jak go niektórzy opisują.

Sławek Walkowski


Fot. S. Walkowski

 



„Pielgrzym” 2016, nr 6 (686), s. 37


Trzeba przyznać, że unikałem tego sojowego twarożku jak ognia. Nie ufałem mu. Ale zmieniłem zdanie i teraz twierdzę, że tofu wcale nie jest „tfu, tfu”.