Pośród wszystkich polskich jesieni – romantycznie złotych – ta jedna zapisała się w naszych dziejach wyjątkowo ponuro. Pomorska krwawa jesień 1939 roku. Jej bolesne wspomnienie po 70 latach przywodzi na pamięć ogrom tragedii, ale zarazem budzi pytanie o źródło wszelkiego zła, przemocy i zbrodni przeciwko drugiemu człowiekowi.


Dwudziestoletni okres międzywojenny dla ludności pomorskiej był czasem na ogół zgodnej egzystencji. Niemiecka mniejszość – wybierająca w drodze świadomej i niewymuszonej opcji swoją przyszłość na polskim Pomorzu – nie zawiodła się. Posiadała wszak zagwarantowane prawem wszelkie swobody, korzystała z nieograniczonego dostępu do własnej oświaty, kultury, wszelakich form życia społecznego. Nawet rodzący się w Rzeszy  narodowy socjalizm zapuszczał tu złowrogie korzenie wśród młodych Niemców, którzy swojej  fascynacji nie ukrywali zbytnio przed polskimi sąsiadami. Niedługo zresztą utrzymywali oni na wodzy swoje antypolskie nastawienie i taili potworne zamiary. Mająca rzekome gwarancje ze strony Ligi Narodów zgodnej, pokojowej egzystencji, polska ludność Wolnego Miasta Gdańska doświadczała tego nieustannie. Nie uniknęli tych szykan także kapłani gdańscy (rodem z naszej diecezji), księża bł. Bronisław Komorowski i bł. Franciszek Rogaczewski – dziś obaj wyniesieni do chwały ołtarzy. Liczne incydenty, prowokowane przez nazistów nieomal codziennie, szykany i otwarte akty bezprawia odbierały nadzieję na uniknięcie ostatecznej konfrontacji. Podobnie było na całym Pomorzu, gdzie nasilająca się fala antypolskiej propagandy zakłócała spokojne dotąd życie w przykładnej wspólnocie. Ale krzepiono się jeszcze wizją aliansów z mocarstwami przyjaźnie deklarującymi Polsce wszelką pomoc w godzinę ostatecznej próby sił. Nie było najmniejszej wątpliwości, że w krytycznej chwili pozorowana lojalność niemieckiej społeczności pryśnie szybko, a na jej miejscu pojawi się otwarta wrogość, a może i bezwzględny terror. O świcie, 1 września 1939 roku ruszyła lawina tragicznych zdarzeń.

Czas terroru i zagłady
Hitlerowskie dyrektywy jasno określały kierunek i skalę represji, którym od pierwszych dni wojny poddano ludność polską. R. Heydrich oświadczył 8 września 1939 roku kategorycznie: „Ludzi należy rozstrzeliwać lub wieszać natychmiast, bez dochodzeń”. Nie dziwi zatem, że okupacyjne rządy rozpoczęli hitlerowcy od eksterminacji czołowych grup polskiej inteligencji, duchowieństwa, nauczycieli, działaczy patriotycznych, przedsiębiorców, kupiectwa itp. Szczególnym okrucieństwem wykazał się zwłaszcza Selbstschutz, skupiający w swych szeregach z reguły miejscowych Niemców, zaślepionych fanatyczną nienawiścią, wykazujących brutalność i niepohamowanie w stosunku do swych ofiar. Na swym koncie jego bojówki miały najwięcej aktów terroru i zbrodni już w pierwszych tygodniach okupacji. Sekundowały tym prześladowaniom oddziały SS i gestapo, także inne hitlerowskie formacje policyjne.

Wobec katolickiego duchowieństwa okupanci zrazu stosowali politykę wyczekiwania, spodziewając się, że zdołają podporządkować je sobie, jednak rychło skierowali przeciwko niemu otwartą wrogość. Widownią tej swoistej hekatomby była ówczesna diecezja chełmińska i jej duchowieństwo, zawsze głęboko zaangażowane w krzewienie wiary i podtrzymywanie ducha polskości. Szczególną nienawiść hitlerowcy wykazali w stosunku do kapłanów z powiatu starogardzkiego i tczewskiego. Masowe represje wszczęli począwszy od nocy 13 października, kiedy to przemocą aresztowano 33 księży w ich plebaniach i uwięziono w Starogardzie, poddano wszystkich udręce fizycznej i psychicznej, by następnie ich rozstrzelać 16 października w Szpęgawsku. W tej grupie znaleźli się m.in. Słudzy Boży: kuratus z Sumina ks. Reginald Krzyżanowski oraz dźwierzneński wikary ks. Wiktor Belczewski, wicerektor Seminarium Duchownego ks. dr Bolesław Dąbrowski, prefekt gimnazjalny i literat w sutannie ks. Leon Heyke, proboszcz pinczyński i poseł ks. Stanisław Hoffmann. Już niebawem, 20 października, pelplińskie gestapo bez skrupułów podstępnie aresztowało 23 kapłanów, profesorów Seminarium Duchownego, Collegium Marianum i pracowników Kurii Biskupiej, których zamordowano w pobliżu koszar tczewskich. Wśród rozstrzelanych byli m.in.: wikariusz generalny, infułat i prepozyt kapituły chełmińskiej, 75-letni ks. Juliusz Bartkowski, rektor Seminarium Duchownego ks. kan. dr Józef Roskwitalski, dyrektor Collegium Marianum, szambelan papieski ks. kan. dr Paweł Kirstein; prałaci papiescy: ks. kan. Paweł Kurowski i ks. kan. dr Franciszek Różyński; kanonicy: ks. dr Maksymilian Raszeja i ks. szambelan Bolesław Partyka; szambelani papiescy: ks. Jan Wiśniewski i ks. Alojzy Lewandowski; kanclerz Kurii Biskupiej ks. Walter Schütt. Redaktora „Pielgrzyma” ks. Jerzego Chudzińskiego, komendant obozu Märtens zmasakrował bykowcem wprost nie do poznania, naigrawając się z niego i zmuszając do bezsensownego wysiłku przy łupaniu potężnego kamienia na obozowym placu, co w powojennych zeznaniach poświadczyli świadkowie, tczewiacy Anna Kuffel, Walenty Kurek i Paweł Gajewski. Dwaj kapłani pelplińscy, penitencjariusz katedralny ks. Jan Cyrankowski i notariusz Kurii Biskupiej ks. Tadeusz Malinowski, zatrudnieni umyślnie przez hitlerowców przy segregowaniu seminaryjnego księgozbioru, dołączyli do swych konfratrów i tydzień po nich ponieśli męczeńską śmierć.

W kolejnych tygodniach i miesiącach tej krwawej jesieni ofiarę kapłańskiego życia złożyli następni księża. Z ich grona do końca 1939 roku śmierć ponieśli m.in. Słudzy Boży: ks. prałat Antoni Henryk Szuman ze Starogardu wraz z wikarym fordońskim ks. Hubertem Raszkowskim rozstrzelanym przed tamtejszym kościołem 2 października, proboszcz wtelneński ks. dziekan Jan Hamerski zabity w lesie koło Tryszczyna 6 października, wikariusz z Raciąża ks. Franciszek Nogalski rozstrzelany 24 października, proboszcz z Bysławka ks. Piotr Sosnowski rozstrzelany 26 października w Rudzkim Moście, kuratus kiełpiński ks. Antoni Arasmus zamęczony 29 października, proboszcz ze Strzelna ks. Anastazy Kręcki, uśmiercony w listopadzie w Piaśnicy, podobnie jak rozstrzelany 9 listopada w Dolinie Śmierci pod Chojnicami proboszcz nowocerkiewski ks. Józef Mańkowski, czy też proboszcz i dziekan wejherowski, ks. prałat Edmund Roszczynialski zamęczony nocą 12 grudnia w Cewicach.

Z tą samą nienawiścią co księży wymordowano w Szpęgawsku i innych miejscach zagłady polskich nauczycieli, przedstawicieli miejscowych elit i środowisk przywódczych. Jedynym bowiem znakiem ich winy było samo poczucie polskości, zdecydowane trwanie przy religijnych i narodowych wartościach, głębokie przywiązanie do swej ojczyzny.

Pamięć
Obowiązek pamięci o wszystkich ofiarach wojny zobowiązywał tych, którym dane było przeżyć ten potworny czas, aby świadczyli wobec następnych pokoleń. Jak dramatyczne memento zabrzmiały tuż po wojnie słowa ks. dra Franciszka Mantheya o pomordowanych kapłanach miasta biskupiego: gui nos praecesserunt cum signo fidei et dormiunt in somno pacis – wspominał tych najwybitniejszych świadków wiary i luminarzy nauki z grona profesorów Seminarium Duchownego. Z opublikowanej także wówczas pełnej listy strat wojennych wyłoniła się prawda, iż w toku tej wojny diecezja chełmińska utraciła prawie dwie trzecie kapłanów, także obu jej biskupów zmarłych na wygnaniu (ordynariusza Stanisława Wojciecha Okoniewskiego, zmarłego w Lizbonie 1 maja 1944 roku oraz sufragana Konstantyna Dominika, który zakończył życie w Gdańsku 7 marca 1942 roku). Na ogólną liczbę ponad 700 księży, których zastała tu wojna, aż 426 doznało hitlerowskich prześladowań, nie licząc alumnów, spośród których siedmiu także poniosło śmierć (m.in. Sługa Boży kleryk Bernard Jaruszewski). Życie straciło 224 duchownych. Już w czasie tzw. krwawej jesieni 1939 roku hitlerowcy wymordowali ich najwięcej. Zaiste, jak ujął to autor pomorskiej Księgi męczeństwa – „wśród wszystkich grup społecznych zapewne największe ofiary poniósł Kościół i lud polski w swoich duszpasterzach”, a nasza diecezja jest tego najwymowniejszym przykładem.

Minione 70 lat dzielące nas od wybuchu wojny nie wymazały jej obrazów z pamięci starszego pokolenia. To ważne i potrzebne, zwłaszcza w trosce o zachowanie prawdy o naszej historii, by wsłuchiwać się w ten przejmujący głos nielicznych już świadków. Filmowa impresja o „Pelplińskiej jesieni 1939 roku”, zrealizowana teraz właśnie przez red. Andrzeja Machnowskiego, przywołuje takie relacje kilku świadków martyrologii kapłanów stolicy diecezji. Również coroczne uroczystości rocznicowe w Lesie Szpęgawskim potwierdzają, że trwa pamięć o pomordowanych. Wciąż pomiędzy masowymi grobami szpęgawskiej nekropolii spotyka się rodziny przychodzące z modlitwą na miejsce śmierci ich bliskich. W ciszy leśnej, na szlaku kamiennej drogi krzyżowej, rozpamiętują ich osobistą Golgotę.        

Toczący się aktualnie proces beatyfikacyjny drugiej grupy męczenników II wojny światowej (kapłanów i świeckich), którym przewodzi Sługa Boży ks. Antoni Henryk Szuman, również unaocznia wagę tej ofiary, którą złożyli oni z pełnią heroizmu i zawierzenia Bogu nie tylko w Szpęgawsku, Piaśnicy, Mniszku, chojnickiej Dolinie Śmierci, Barbarce, ale i na wielu im podobnych miejscach zagłady.

Ryszard Szwoch


Ks. prałat Antoni Henryk Szuman


„Pielgrzym” 2009, nr 22 (520), s. 16-17


Pośród wszystkich polskich jesieni – romantycznie złotych – ta jedna zapisała się w naszych dziejach wyjątkowo ponuro. Pomorska krwawa jesień 1939 roku. Jej bolesne wspomnienie po 70 latach przywodzi na pamięć ogrom tragedii, ale zarazem budzi pytanie o źródło wszelkiego zła, przemocy i zbrodni przeciwko drugiemu człowiekowi.