Średniowiecze funkcjonuje dziś w przestrzeni publicznej jako synonim zacofania, ciemnoty, zabobonu i głupoty. Nierzadko słyszymy polityków, którzy próbując zdyskredytować poglądy oponenta, nazywają je „średniowiecznymi”. Nie mają pojęcia, że powtarzają banalny frazes mający niewiele wspólnego z rzeczywistością.



Już w XV wieku kulturę średniowieczną zaczęto identyfikować z Kościołem katolickim. Nic w tym dziwnego, skoro jej głównym motywem była idea christianitatis, a dominującym poglądem teocentryzm. Wszelkie wystąpienia antykatolickie epoki renesansu czy oświecenia automatycznie wymierzane były więc w dorobek wieków średnich. Podobny mechanizm stosowali później także marksiści i komuniści. Narosłe przez lata krzywdzące stereotypy i mity dotyczące średniowiecza pokutują do dnia dzisiejszego. Rozprawmy się z kilkoma z nich.

Mit pierwszy, czyli kobieta do garów
Średniowieczne niewiasty nie były niewolnicami swych mężów. Mogły dziedziczyć, kupować, prowadzić działalność gospodarczą, sprzedawać nieruchomości. Na równi były traktowane także w sypialni. Jeżeli żona oskarżyła męża przed sądem kościelnym o brak współżycia, małżeństwo mogło zostać rozwiązane.
Uczonymi w piśmie byli zarówno mężczyźni, jak i kobiety – wspomnieć należy choćby św. Hildegardę z Bingen, jedną z najbardziej wpływowych osób swojej epoki. Przyjeżdżali do niej królowie i książęta. Spotykała się z papieżami. Wszyscy pragnęli uzyskać od zakonnicy diagnozy i porady dotyczące zdrowia. Św. Hildegarda – jako pierwsza badaczka niemieckiej fauny i flory – podkreślała ścisły związek pomiędzy odpowiednim żywieniem a prawidłowym funkcjonowaniem ludzkiego organizmu.
Kobiety odgrywały także ważną rolę w świecie polityki. Mistyczka Katarzyna ze Sieny współdziałała z papieżem Grzegorzem XI w organizowaniu krucjat antytureckich. W roku 1375 zaproszono ją do Pizy, aby pojednała papieża z miastami toskańskimi, a gdy we Florencji i Sienie wybuchła wojna domowa, powierzono jej misję przywrócenia pokoju. Pozostawiła po sobie wiele pism – listów, zbiorów modlitw oraz traktatów. Ograniczenie praw kobiet przyniósł dopiero wiek XVI.

Mit drugi, czyli Kościół hamulcowym rozwoju
Kościół doby średniowiecza był wielkim mecenasem kultury i sztuki. Również działalność oświatowa i charytatywna zapisała się w jego dziejach chwalebną kartą. Do najstarszych należą klasztorne i parafialne szkoły kościelne – gdzie uczono czytania, pisania, religii, śpiewu i łaciny – a także zakładane przez duchownych biblioteki. Z kolei szpitale organizowane przy świątyniach katolickich pełniły rolę przytułków, w których schronienie otrzymywali chorzy, ale także biedni, bezdomni oraz osoby starsze i samotne. Kościół troszczył się także o „kobiety upadłe”. Prostytucja była dla wielu ubogich kobiet najłatwiejszym sposobem zarabiania pieniędzy i stawała się wielkim problemem dla władz europejskich miast. Kościół potępiał grzech nierządu, a jednocześnie wziął prostytutki pod opiekę. W Gdańsku być może już na początku XIV wieku przy kaplicy św. Magdaleny powstała wspólnota pokutnic − „kobiet upadłych”, które chciały zmienić swoje życie. Pokutnice otrzymały od Kościoła przywileje, dzięki którym mogły zerwać z procederem nierządu. Miały prawo nauczać, łowić ryby, a także zbierać jałmużnę.
Wbrew obiegowej opinii Kościół nie był także „hamulcowym” rozwoju medycyny. Wielu duchownych było świetnie wykształconymi lekarzami, walczącymi z zabobonami, magią i astrologią. Mnisi tłumaczyli i przepisywali również arabskie i starożytne traktaty lekarskie, które w przeciwnym razie skazane byłyby na zapomnienie. Duchowni zajmowali się także zielarstwem. W przyklasztornych herbariach hodowali rośliny mające właściwości lecznicze.

Mit trzeci, czyli płonące stosy
Powszechne wyobrażenia o krwawym i ponurym średniowieczu wzmacniają między innymi takie bestsellery, jak powieść „Imię róży” Umberta Eco z brutalnymi opisami działań inkwizycji, tortur i płonących stosów. W rzeczywistości tę ostatnią karę stosowano rzadko. Spośród wszystkich, którzy stanęli przed obliczem Sanctum officium, najwyżej 1,5 proc. zostało skazanych na śmierć. Zachowane zapiski znienawidzonego inkwizytora Tomása de Torquemady pełne są napomnień, aby sędziowie nie ulegali gniewowi, pamiętali o miłosierdziu i o tym, że ich celem jest zwalczanie grzechu, nie grzeszników. Trybunały inkwizycyjne, stosując się tych zaleceń, wymierzały głównie rozmaite kary kanoniczne, nakładały grzywny, nakazywały noszenie znaków hańby i zachęcały do udziału w „obrzędzie pojednania”. Jeszcze w ostatniej chwili przed egzekucją skazany mógł publicznie ukorzyć się i uniknąć stosu. W takim wypadku proces kończył się wyrzeczeniem błędów przez podejrzanych i ich powrotem na łono Kościoła. Tak było choćby w przypadku wielkiego sądu inkwizycyjnego w Szczecinie z lat 1392–94 przeciw kilkuset pomorskim i marchijskim waldensom. Stosy masowo zaczęły płonąć dopiero na styku dwóch epok. „Wiek XV można nazwać stuleciem prześladowania czarownic (…). Ani humanizm, ani reformacja nie oparły się temu szaleństwu. Czyż to nie humanista Jean Bodin jeszcze w drugiej połowie XVI wieku dostarczał w swojej „Demonomanie najobfitszej i najuczeńszej strawy dla szału prześladowań?” – pisał wybitny historyk Johan Huizinga.

Mit czwarty, czyli brak higieny
Średniowieczne kobiety dbały o urodę, czego dowody odnaleźć możemy w wielu pismach medycznych z tego okresu. Jednym z nich był traktat poświęcony kosmetyce De ornatu mulierum autorstwa Trotuli de Ruggiero. Średniowieczna lekarka przedstawiała w nim między innymi sposoby na wybielanie zębów, oczyszczanie cery, leczenia liszajów, poprawiania gęstości włosów, a także na depilację. Powszechnie stosowano kosmetyki – maści i kremy, których podstawowymi składnikami były: oliwa z oliwek, smalec wieprzowy, mleczko migdałowe. Perfumy tworzono na bazie piżma, a balsamy do ciała wytwarzano na przykład z ziół i kwiatów gotowanych w winie. Według niemal wszystkich średniowiecznych traktatów warunkiem pięknej urody było zachowanie higieny. Ówczesne księgi medyczne pełne są przepisów na różne kąpiele w zależności od stanu zdrowia, wieku, płci, z zaleceniami rozmaitych kombinacji ziół i olejków dodawanych do wody. Mało kogo jednak stać było na prywatną łazienkę. Największą popularnością cieszyły się łaźnie publiczne, których w samym Paryżu było w XIII wieku ponad trzydzieści. Dopiero w renesansie narodził się strach przed wodą „rozpuszczającą ciało”. Toteż unikano wszelkiego mycia, ablucje ograniczając do wietrzenia się, skrobania oraz nacierania pachnidłami. W Wersalu za czasów Ludwika XIV nie było nawet toalet. Nierzadko, spacerując po pięknych ogrodach i wnętrzach pałacu Króla Słońca, natknąć się można było na… ludzkie odchody. Z kolei w wiekach oświeconych popularne stało się przysłowie: „Im bardziej kozioł śmierdzi, tym bardziej kochają go kozy”. Trzeba było ponad trzech wieków, by Europejczycy uwierzyli, że zanurzenie się w balii wypełnionej wodą nie grozi kalectwem, poważnymi dolegliwościami czy nawet śmiercią.

Jan Hlebowicz






„Pielgrzym” 2017, nr 16 (722), s. 26-27

Średniowiecze funkcjonuje dziś w przestrzeni publicznej jako synonim zacofania, ciemnoty, zabobonu i głupoty. Nierzadko słyszymy polityków, którzy próbując zdyskredytować poglądy oponenta, nazywają je „średniowiecznymi”. Nie mają pojęcia, że powtarzają banalny frazes mający niewiele wspólnego z rzeczywistością.