Wśród wielu zbrodni XX wieku ciągle odkrywamy nowe, nieznane dotąd karty. Trudno w to uwierzyć, że śmierć tysięcy ludzi – a w tym wypadku nawet setek tysięcy – mogła być do tej pory niezbadana i nieopisana.


A jednak tak jest, zwłaszcza w odniesieniu do sowieckiego systemu totalitarnego. W Związku Sowieckim zarówno ogromne przestrzenie, jak i metody niszczenia świadomości i pamięci ludzi sprawiły, że nawet po wielu latach czytamy coś, o czym dotąd mieliśmy niewielkie pojęcie.
W tym roku mija 80. rocznica tzw. akcji polskiej NKWD, którą właściwie trzeba nazywać antypolską. Nikołaj Jeżow, ludowy komisarz tajnej milicji, 11 sierpnia 1937 roku wydał rozkaz: „Aresztować Polaków!”. Powód? W latach Wielkiego Terroru, jaki szalał w Związku Sowieckim w latach trzydziestych, każdy pretekst był dobry do represji. Złe pochodzenie, krzywe spojrzenie, w niewłaściwym miejscu opowiedziany dowcip. Ówczesny przywódca ZSRS Józef Stalin miał obsesję wrogów, którzy go osobiście, jak i całe państwo otaczają. Po represjach wobec duchownych i chłopów przyszedł czas na narody. Pierwsi byli Niemcy. Jednak ich głównie wywożono na Wschód, nie mordowano, dodatkowo w pierwszym etapie represjonowano tylko obywateli Niemiec, a nie swoich ludzi niemieckiego pochodzenia. Zaraz potem jednak przyszedł czas na Polaków. Tu
już nie było żadnych sentymentów. Obsesja Stalina wobec narodu polskiego sięga wojny polsko-bolszewickiej 1920 roku, kiedy młody wówczas komisarz współdowodził jednym z frontów. Przeżył upokorzenie klęski i nosił je głęboko w sobie do końca życia. Stąd zgoda na rozkaz Jeżowa. Aresztowano każdego, kto choć trochę pasował do stworzonej koncepcji zbiorowego mordu. Zabierano Polaków, ale i ludzi tylko o polskich nazwiskach urodzonych na terenie Polski, mających jakiekolwiek kontakty z Polską. Aresztowano Żydów, Białorusinów, Litwinów, Ukraińców i skazywano ich jako szpiegów „pańskiej” Polski. Kiedy brakowało powodów, a chciano się przypodobać naczelnikom w Moskwie liczbą aresztowanych, sięgano po książki telefoniczne Irkucka, Tomska, Nowosybirska i tam wynajdywano polsko brzmiące nazwiska. To wystarczało. Zazwyczaj wyrok był jeden – rozstrzelanie, taki przyjęto w ponad 90 proc. przypadków aresztowanych osób. W ten sposób zamordowano co najmniej 111 tysięcy ludzi, najpewniej jednak liczba ta sięga ponad dwóch setek tysięcy ofiar.
Wśród tych, co ocaleli, zapanował nieopisany strach. Jak pisze w swojej książce Wasyl Haniewicz, opisujący dzieje swojej rodzinnej wsi Białystok, znajdującej się na północ od Tomska, po aresztowaniu mężczyzn reszta wsi – starcy, kobiety i dzieci – z dnia na dzień przestała mówić po polsku. Tak działo się na Syberii, w Kazachstanie, nad Berezyną, na Podolu. Jak wspominała po latach Helena Trybel z Ukrainy: „Pewnego dnia jesienią 1937 roku ojciec przyszedł z pracy niesamowicie zmartwiony. Zebrał całą wielką rodzinę i powiedział – od dziś nie jesteśmy więcej Polakami, jak chcemy żyć, musimy przestać mówić po polsku”.
Bliscy dowiadywali się o losie aresztowanych dopiero po kilku, kilkunastu latach. W tym czasie nosili w sobie nadzieję, że oni żyją. Że system, choć straszny, jednak skazał ich tylko na więzienie, na zesłanie do łagru. Rzeczywistość była okrutna. Część rodzin częstokroć nie miała świadomości, że zbiorowe groby pomordowanych znajdują się bardzo blisko ich miejsc zamieszkania.
Nie spisywano wspomnień, w domach nie rozmawiano na ten temat. Dlatego tak mało źródeł narracyjnych ocalało. Dziś żyją już tylko dzieci tych, którzy wówczas byli prześladowani. Dzisiaj więcej wiemy, bo otworzyły się archiwa postsowieckie. Jednak opisu tych tragedii, zwykłych ludzkich opowieści po prostu brakuje. Tym większa rola takich prac, jak wspomnianego wcześniej Haniewicza, książki wydanej przed kilku laty przez Wydawnictwo „Bernardinum”.
Paradoksem było to, że główni oprawcy Polaków w ramach żelaznej doktryny rewolucji niedługo po odegraniu roli kata stawali się ofiarami. Jeżow i grono jego najbliższych współpracowników zostali aresztowani, a potem wszyscy rozstrzelani. Terror bezwzględnie pochłaniał swoje dzieci. Obsesja Stalina wobec kolejnych grup ludzi narastała. Z czasem bał się już także swojego NKWD, stąd częste zmiany na głównych stanowiskach w tym komisariacie. Kto odchodził, ten ginął.
Hekatomba II wojny światowej, potem życie za „żelazną kurtyną”, gdzie nie wolno było mówić o zbrodniach systemu, sprawiły, że temat „operacji antypolskiej” 1937/1938 roku został przysłonięty innymi, nowszymi wydarzeniami. Najpierw starano się odtworzyć pamięć i oddać należny hołd żołnierzom AK. Potem zaczęto coraz odważniej mówić o sowieckich deportacjach. O los Polaków z lat trzydziestych nie miał kto się upomnieć. Aż wreszcie o paradoksie, o ich losie wspomniał Rosjanin, Mikołaj Iwanow, rodem z Białorusi, który jako pierwszy badacz w 1990 roku napisał opracowanie o „pierwszym narodzie ukaranym” w ZSRS. Z czasem dołączyli następni. Jednak do dziś ani na Wschodzie, ani w naszym kraju nie ma tablic pamiątkowych, krzyży, o bardziej okazałych pomnikach upamiętniających tamte wydarzenia nie wspominając.
Teraz jednak nadszedł czas, żeby wypełnić tę lukę. Od podręczników szkolnych począwszy, na upamiętnieniach w miejscach kaźni skończywszy. Niektórzy historycy, ich grono ciągle się powiększa, piszą o Holocauście Polaków w latach 1937 i 1938. Z pewnością możemy mówić o ludobójstwie, czyli zbiorowym wyniszczaniu całego narodu zgodnie z teorią Rafała Lemkina. Oby ten rok, który teraz przeżywamy, stał się przełomem w tej zbiorowej niepamięci. Jesteśmy tym ludziom zwyczajnie to winni – zgodnie ze słowami Zbigniewa Herberta: „Jak trudno ustalić imiona tych, co zginęli, a nie wolno się pomylić nawet o jednego. Jesteśmy mimo wszystko stróżami naszych braci”.

Adam Hlebowicz


Fot. Pamiątkowa tablica zamordowanych podczas wojny 1941-1945


„Pielgrzym” 2017, nr 15 (721), s. 22-23

Wśród wielu zbrodni XX wieku ciągle odkrywamy nowe, nieznane dotąd karty. Trudno w to uwierzyć, że śmierć tysięcy ludzi – a w tym wypadku nawet setek tysięcy – mogła być do tej pory niezbadana i nieopisana.