Desmond Doss (1919–2006) w czasie II wojny światowej wstąpił do Armii Stanów Zjednoczonych, ale ze względów religijnych odmówił noszenia broni. Jako sanitariusz podczas ciężkich walk na Okinawie uratował siedemdziesięciu pięciu rannych, wynosząc ich na barkach z pola bitwy.

Historia Dossa jest z jednej strony zwyczajna, ponieważ był normalnym i skromnym człowiekiem, a jednocześnie wyjątkowa, gdyż potrafił bezgranicznie zaufać Bogu i zachował wiarę pomimo przeciwności. W Biblii, którą zawsze miał pod ręką, przechowywał list od żony, a w nim między innymi te poruszające słowa: „Niech twoja wiara w Boga przyniesie Ci pocieszenie i da pokój serca, abyś nigdy nie był smutny albo samotny, choćby przyszłość wydawała się najciemniejsza. Jeśli nie spotkamy się więcej na tej ziemi, mamy pewność, że będziemy w niebie. Niech Bóg w swojej łasce sprawi, abyśmy byli tam razem”. Nie chciał zabijać, a pomimo tego zgłosił się jako ochotnik do wojska. W obronie swoich przekonań Doss musiał pokonać drwinę, niechęć, a nawet prześladowania i upokorzenia ze strony innych rekrutów, którzy traktowali go jak ofermę i tchórza. Przełożeni chcieli wszelkimi sposobami wydalić go z armii. Dopiero w czasie bitwy okazało się, że odważni w słowach i silni fizycznie koledzy w obliczu wybuchów i świstu kul drżeli z przerażenia, a Desmond nieustraszenie i konsekwentnie wykonywał to, co było jego zadaniem – ratował. Tę prawdziwą i fascynującą historię przypomniał film w reżyserii Mela Gibsona pt. „Przełęcz ocalonych”. Niewiele jest współczesnych obrazów, które przykuwają uwagę, a jednocześnie bez ośmieszenia poruszają problem wiary. Gibson po raz kolejny pokazał, że jest mistrzem w robieniu filmów z przesłaniem.

„Przełęcz ocalonych” to film wojenny, krwawy, pełen przemocy, śmierci i cierpienia. Jednak przede wszystkim jest to głębokie przesłanie o sile wiary, miłości i poświęceniu. Desmond Doss na wojnie nie chciał wziąć do ręki karabinu, ale zrobił więcej niż wielu walecznych żołnierzy. To opowieść o człowieku, który ufał Bogu i wierzył, że można się wykazać niezwykłą odwagą i niezłomnym męstwem, nie odbierając innym życia i zdrowia, lecz je ratując. Jednak trzeba podkreślić, że wiara głównego bohatera nie była wymierzona przeciwko komukolwiek. Doss nikogo też nie próbował na siłę nawracać, a jednak decydujący atak na urwisko zaczął się dziesięć minut później niż planowano, bo wszyscy czekali, aż żołnierz bez karabinu zakończy modlitwę. Desmond z czasem stał się bohaterem i wzorem dla swoich kolegów, a za męstwo został odznaczony Honorowym Orderem Kongresu. Natomiast film, który nakręcił o nim Mel Gibson, podczas Międzynarodowego Festiwalu Filmowego w Wenecji otrzymał dziesięciominutową owację na stojąco.

Po wielu latach, kiedy pytano Dossa o wojnę i bohaterstwo, jakby znudzony, odpowiadał: „Nie zrobiłem nic nadzwyczajnego, modliłem się i robiłem to, co było moim zadaniem”. Modlił się prosto: „Boże, pozwól miuratować jeszcze jednego, jeszcze tylko jednego i jeszcze jednego…”. I tak Bóg wysłuchiwał modlitw tego zwyczajnego młodzieńca, aż liczba ocalonych urosła do siedemdziesięciu pięciu. Jakże to piękna modlitwa, pełna pokory i ufności. Przypomina modlitwę anonimowego alkoholika, który każdego dnia prosi tylko o jeszcze jeden dzień trzeźwości, ale z tych dni można uskładać życie. Może to dobra propozycja dla nas na czas adwentu, żeby każdy dzień zaczynać od prośby: „Boże, pozwól mi jeden dzień przeżyć uczciwie, zgodnie z Twoją wolą, w duchu wiary i miłości”.

bp Wiesław Śmigiel







„Pielgrzym” 2016, nr 25 (705), s. 4

Desmond Doss (1919–2006) w czasie II wojny światowej wstąpił do Armii Stanów Zjednoczonych, ale ze względów religijnych odmówił noszenia broni. Jako sanitariusz podczas ciężkich walk na Okinawie uratował siedemdziesięciu pięciu rannych, wynosząc ich na barkach z pola bitwy.