„Dzień dobry, nazywam się…, miło mi poinformować, że został/-a Pan/-i wylosowany/-a…”. Pewnie wielu z nas odbiera podobnie brzmiące telefony, podczas których miły głos po drugiej stronie próbuje nas przekonać o niebywałym szczęściu, jakie nas spotkało w związku z możliwością uczestniczenia w wyjątkowym spotkaniu – badań medycznych albo prezentacji sprzętu domowego, garnków, patelni, materaców czy cudownej pościeli.


Dowiadujemy się, że na każdego, kto przyjdzie na spotkanie, czeka prezent, a ponadto można jeszcze wylosować cenne nagrody. Kto by nie skorzystał z takiej okazji?

Czy rzeczywiście mamy do czynienia z dobroczyńcami, którzy dbają o szczęście klientów? Niestety, nie. To sprzedawcy naciągacze, którzy do perfekcji opanowali sztukę manipulacji. Potrafią wmówić, że kilka tysięcy złotych za komplet garnków to złoty interes, sprawnie wyliczają wysokość miesięcznej opłaty (nie nazywanej tu ratą), sprytnie podsuwają dokumenty kredytowe do podpisania.

Najczęściej ofiarami ich działalności stają się osoby starsze, nie tyle naiwne, co ufne i łatwowierne. O oszustwach „na wnuczka” mówi się wiele, więc coraz trudniej kogoś na to nabrać. O działaniach parabanków, firm telekomunikacyjnych, producentów sprzętu niby to medycznego itp., noszących wszelkie znamiona oszustwa, nie ma już tak wielu doniesień.

Prokuratura w tego typu oszustwach jest właściwie bezradna. Według słów rzecznika Prokuratury Generalnej są to trudne sprawy dowodowe, bo należy wykazać, że ten właśnie sprzedawca działał z zamiarem dokonania oszustwa, a z tym nie jest tak łatwo. Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów radzi sobie trochę lepiej, ale jak tylko ukarze jakąś firmę, ta natychmiast znika, a na jej miejsce pojawia się nowa.

Pozostaje więc zdrowy rozsądek i krytycyzm w stosunku do tak zwanych „okazji”.

Zofia Pomirska






„Pielgrzym” 2017, nr 20 (726), s. 32