Miasto z koziołkiem w herbie było miastem mojej studenckiej młodości. Lata osiemdziesiąte nie były łatwe pod różnym względem. Stan wojenny, narastający marazm społeczny, pogłębiający się rozziew pomiędzy komunistyczną władzą a narodem nie budowały dobrych widoków na przyszłość.


Po rodzinnym Pomorzu i Trójmieście ciężko było się adaptować do zaniedbanego wschodniego miasta, gdzie negatywnym symbolem były odrapane kamienice starówki. Dopiero po około trzech latach studiów zacząłem czuć się w Dolinie Bystrzycy lepiej. Dostrzegłem piękne położenie aglomeracji, pewnie jednej z piękniejszych w Polsce, doceniłem bardziej kontynentalny, cieplejszy klimat niż w innych regionach, zachwycił mnie renesans lubelski, który trzeba było wyłuskać z ówczesnego bezmiaru szarości i smutku.
Najważniejsza była oczywiście uczelnia, jedyna, jak się wtedy z dumą mówiło, niekomunistyczna akademia pomiędzy Łabą a Władywostokiem. KUL był wówczas maleńkim uniwersytetem z trzema tysiącami studentów, niepowtarzalną atmosferą i zbiorowiskiem ludzi dosłownie ze wszystkich zakątków Polski, ale i świata poniekąd. To wówczas studiowali z nami nasi rodacy z Ameryki czy Wielkiej Brytanii, co było ewenementem, a także jakimś okienkiem na świat w siermiężnej PRL-owskiej rzeczywistości. Na trzecim roku znaliśmy się niemal wszyscy, obejmując wszystkie kierunki studiów, ze wspólnych zajęć, studenckiej stołówki czy wspólnotowo organizowanych imprez kulturalnych. Dobrym zwyczajem tamtego KUL-u było chodzenie na wykłady profesorów, które nie były wpisywane do indeksu, a zatem robiliśmy to tylko i wyłącznie z potrzeby własnego rozwoju. Jako historyk pamiętam takie wizyty u ojca Krąpca na filozofii, u profesora Zgorzelskiego na polonistyce czy księdza Stycznia na etyce.
Minęło trzydzieści lat. Parę razy w tym okresie odwiedzałem Lublin. Miasto się zmieniało, początkowo mało dynamicznie, potem coraz szybciej i szybciej. Dzisiaj, mówię to na podstawie świeżej kilkudniowej wyprawy do Lublina i na lubelszczyznę, to jedno z najpiękniejszych miast w naszym kraju. Centralny plac Litewski tętni życiem. Starówka, dawniej martwa i smutna, pełna jest kawiarń i restauracji. Zamek i Podzamcze to teren plenerowych koncertów i życia kulturalnego miasta. Nade wszystko jednak tę zmianę widać w ludziach. Dawniej pustawe ulice wypełnia dzisiaj tłum ludzi. Są oczywiście turyści, obcokrajowcy, słychać wschodnie i zachodnie języki, mam jednak wrażenie, że dominują miejscowi zakochani w swoim mieście.
W trakcie wakacyjnych wędrówek namawiam do odwiedzenia wschodniej stolicy Polski. Przyjeżdżajcie do Lublina, zobaczycie coś, czego do końca nie da się opisać słowami!

Adam Hlebowicz






„Pielgrzym” 2017, nr 15 (721), s. 5