Gdańsk na przestrzeni dziejów zmieniał się parokrotnie. Najpierw słowiański, potem krzyżacki, przez znaczną część swych dziejów kulturowo niemiecki, wreszcie pruski i nazistowski, na koniec niemal stuprocentowo polski.


Pamiętam takie zdarzenia z pomorskich, a potem gdańskich pielgrzymek na Jasną Górę na początku lat osiemdziesiątych, gdy nasze grupy, ubrane w czapki z napisem „Gdańsk” pisanym tzw. „solidarycą”, były witane na trasie, niemal jak emanacja wolnego świata, jak podziemne struktury „Solidarności”, które właśnie na chwilę wyszły z podziemia. Wolne Miasto Gdańsk – to hasło często wtedy się pojawiało. Brzmiało dumnie, ale przecież miasto, jak i cała Polska, nie były wolne. Trwał stan wojenny, potem jego zawieszenie, w następnych latach pogłębiający się marazm tego okresu.
Donald Tusk wraz ze swoimi współpracownikami kilka lat później wydał serię albumów „Był sobie Gdańsk”, gdzie przypominał fotograficzną historię miasta znad Motławy od końca XIX wieku poczynając. Przyszły przewodniczący Rady Europejskiej wyrażał we wstępie do pierwszego albumu tęsknotę za Wolnym Miastem, za ciągłością historii, chętnie przywołując genius loci Gdańska. Tymczasem tej ciągłości być nie mogło, po 1945 roku miasto wymieniło niemal w stu procentach skład swojej ludności, zamiast Niemców, nadeszli z różnych stron niedawnej II Rzeczpospolitej Polacy, zamiast dominujących dotąd luteran, pojawiła się zdecydowana większość katolików.
Gdańsk na przestrzeni dziejów zmieniał się parokrotnie. Najpierw słowiański, potem krzyżacki, przez znaczną część swych dziejów kulturowo niemiecki, wreszcie pruski i nazistowski, na koniec niemal stuprocentowo polski.
Czy Gdańsk to miasto niepokorne? – tak brzmiało pytanie postawione w trakcie niedawnej debaty w Europejskim Centrum Kultury. Inne było znaczenie tego słowa w latach I Rzeczpospolitej, gdy rządzone przez niemiecki patrycjat miasto co rusz buntowało się przeciwko władzy polskich królów,  skutecznie broniąc swych merkantylnych interesów. Podobnie zresztą robiła polska szlachta, oskarżając kolejnych monarchów o próby zaprowadzenia absolutyzmu. Inne w czasach PRL-u, gdy wielotysięczny tłum prawie niósł ze sobą samochód prymasa Wyszyńskiego w 1966 roku, inne – gdy buntował się przeciwko podwyżkom cen żywności w roku 1970 i w końcu zwycięsko zamykał porozumieniami sierpniowymi wielki strajk roku 1980. Czy ta niepokorność ma jakieś cechy wspólne? Żadnych, poza miejscem rozgrywania się tych wydarzeń.
Morze, otwartość na świat, port, stocznie... może to one decydowały o tym szczególnym powiewie wolności, który tu od czasu do czasu pojawiał się z taką intensywnością? A może po prostu ludzie tu mieszkający potrafili wytworzyć między sobą takie więzi, które ułatwiały bunt, wyjście na ulice, powiedzenie „nie” silniejszemu?


Adam Hlebowicz



„Pielgrzym” 2016, nr 8 (688), s. 5

Pielgrzymka do Bingen