Jeden drugiego brzemiona noście – to zwięzłe zdanie apostoła jest inspiracją dla międzyludzkiej i społecznej solidarności. Solidarność – to znaczy: jeden i drugi, a skoro brzemię, to brzemię niesione razem, we wspólnocie. A więc nigdy: jeden przeciw drugiemu. Jedni przeciw drugim. I nigdy brzemię dźwigane przez człowieka samotnie. Bez pomocy drugich”, (Jan Paweł II, Gdańsk, 12 czerwca 1987 roku).


Głównym punktem działania kryzysowego w Rytlu był ośrodek kultury – to stamtąd sztab kryzysowy pod wodzą sołtysa Łukasza Ossowskiego, przy doskonałym wsparciu rady sołeckiej, zarządzał akcją. Tam przychodzili wszyscy, którzy chcieli pomagać lub pomoc otrzymać.

To się musi udać!
– Od początku mówiłem: musimy pomóc ludziom. Przekonywałem: opanujmy emocje, nie kłóćmy się, nauczmy się pokory, dzięki niej sobie poradzimy. I musimy prosić inne osoby o pomoc, bo sami nie damy rady – sołtys Rytla wspomina, jak naładowane emocjami pierwsze zebranie z mieszkańcami przerodziło się w rzeczową dyskusję, co po kolei należy robić. Na pytanie, kto przyszedł pierwszy z pomocą, odpowiada: – Wszyscy! Ogromna fala pomocy ruszyła po umieszczeniu na Facebooku apelu o wolontariuszy – i ci zaczęli się zgłaszać, skrzykiwały się grupki znajomych po 15 czy 20 osób. Ale to, co wydarzyło się we wtorek, 15 sierpnia, w Rytlu, chyba przejdzie do historii wolontariatu w Polsce. Przyjechało około 1500 osób! Z Niemiec, z Poznania, Szczecina, Torunia, z gminy Gorzyce, z Chojnic, Czerska, Rytlanie… – sołtys nie może skończyć wyliczanki. – Kiedy wyszedłem do tych ludzi, „narobił” na mnie ptak. Dotychczas nie wierzyłem w takie rzeczy, ale teraz stwierdziłem: to się musi udać! – śmieje się pan Łukasz.
– Dlaczego ci ludzie tu przyjeżdżali? – pytamy sołtysa. – Jedni uświadamiają to sobie szybciej, inni później, ale we wszystkich ludziach jest ogromna chęć niesienia pomocy. I z takiej formy wolontariatu, jaka miała miejsce po nawałnicy, potrafimy czerpać satysfakcję. Wolontariat pokazał tu jakieś nowe oblicze, na pewno dał nam niesamowitego „kopa” – mówi sołtys. – Około 85 proc. wolontariuszy to była młodzież, gotowa na każdą pracę. Kiedy u jakichś ludzi wybiło szambo, sześciu chłopaków wręcz rzuciło się do tej pracy! Po robocie z szerokimi uśmiechami komentowali swój zapach – śmieje się sołtys Rytla. – Zapadł mi też w pamięć Tadeusz spod Poznania, przedsiębiorca, który swoje urodziny obchodził właśnie u nas. Mimo że już wyjechał, cały czas działa, szuka darczyńców, wyposażył w profesjonalne piły łańcuchowe 8 jednostek OSP! W przyszłym roku chcemy zorganizować spływ dla wolontariuszy, jakiś koncert – po prostu spotkać się, podziękować – zapowiada pan Łukasz. – Chciałbym, żeby ludzie się nauczyli, że razem możemy więcej. Niesamowita była ta nasza wspólna siła, i to, że ani jednej pracującej tu osobie nic się nie stało! Więc stale to powtarzam: Bóg był wtedy z nami.

Z potrzeby serca
Przez ostatnie dwa tygodnie Zespół Szkół w Rytlu pełnił funkcję noclegowni dla ludzi pracujących przy usuwaniu skutków nawałnicy i równocześnie magazynu do przechowywania i dystrybucji płynących szerokim strumieniem darów w postaci materiałów budowlanych, narzędzi, środków czystości, żywności czy ubrań. W pomoc zaangażowali się wszyscy: nauczyciele, pracownicy administracji, sprzątaczki, woźni… i nikogo nie trzeba było o to prosić. – Przez dwa tygodnie mieliśmy stale dyżury, na okrągło, od godziny siódmej do północy, woźni nawet tam nocowali. Były momenty, kiedy w naszej szkole spało 200 osób – głównie strażacy, harcerze i wolontariusze. Trzeba było często im coś organizować, dostarczać ręczniki, skarpety, bieliznę, zapewnić wodę, kawę i herbatę – ci ludzie byli długo poza domem, pracowali po kilkanaście godzin, często stojąc w wodzie, nie mieli gdzie wyprać rzeczy czy ich wysuszyć – relacjonuje Maria Galińska, nauczycielka, która od września pełni funkcję dyrektora placówki. – Często, gdy pojawiała się jakaś potrzeba – już za chwilę się to pojawiało, nie wiadomo skąd, ale było! Na przykład golarki – okazało się, że są potrzebne, i za chwilę ktoś je przywiózł. Potrzebowaliśmy siekier – były siekiery, piły motorowe – znalazły się i piły! Ci, którzy przywozili tu różne rzeczy, pytali: czego jeszcze potrzebujecie? Mówiliśmy wprost: potrzebujemy tego, tego i tego – i dostawaliśmy to. I tak było ze wszystkim… A przyjeżdżali tu po prostu zwykli ludzie, całe rodziny z dziećmi, czasem z jakiejś instytucji czy przedsiębiorstwa. Niesamowite było, że przywozili to wszystko, bo chcieli, z czystej potrzeby serca – Maria Galińska jest wzruszona i wymienia miejscowości, z których ludzie przyjeżdżali pomagać: – Ze Szczecina, ze Stargardu Szczecińskiego, z Warszawy, z Gdańska, z Wrocławia, z południa Polski…
Rok szkolny w Rytlu rozpocznie się normalnie. A jak przygotowania? – Wszystko jest postawione na głowie! Zamiast przygotowywać rok szkolny, robimy mnóstwo innych rzeczy. Pomoc, która do nas dociera, jest bardzo szeroka – i to nie tylko pomoc materialna, młodzież naszej szkoły mogła na przykład za darmo wyjechać w różne miejsca: cały autobus uczniów i 4 opiekunki pojechali do Gdyni na kilka dni, gdzie zapewniono im atrakcyjny program i jeszcze zostali obdarowani. Druga wycieczka – w góry, kolejna do Sobieszewa, 20 gimnazjalistów i 2 opiekunów zaprosił do siebie Uniwersytet Szczeciński – i z tego wszystkiego bardzo się cieszymy, i tak – zamiast organizować rok szkolny – organizujemy wycieczki! – mówi ze śmiechem nauczycielka. – Wszystkie dary i ubrania zgodził się umieścić u siebie ksiądz proboszcz, szczególnie chodzi o ubrania, których dostaliśmy bardzo dużo. Ludzie, którzy przynieśli tu dwa tygodnie temu swoje materace, lodówkę czy telewizor, powoli zabierają z powrotem swoje rzeczy. 31 sierpnia odbyła się Rada Pedagogiczna, na której nauczyciele wspólnie ustalali, w jaki sposób podzielić między dzieci te wszystkie pomoce i przybory szkolne, z których część już do szkoły trafiła, a część jeszcze dotrze. – Kilka dni temu przyjechali do nas komornicy z oddziału w Tucholi, chyba z Gdańska – i przywieźli 57 plecaków wypełnionych przyborami szkolnymi – wylicza nowa dyrektorka szkoły.
Czy coś się zmieniło w Rytlu po tych dramatycznych wydarzeniach? Pani Maria odpowiada bez zastanowienia: – Rytel jest teraz wspólnotą, ludzie potrafili się zjednać i działać.

Może będzie to zaczątek czegoś dobrego
– W jaki sposób parafia uczestniczy w akcji pomocowej? – pytamy księdza Sylwestra Bąka, proboszcza parafii pw. NMP Królowej Różańca Świętego w Rytlu. – Ja ze swej strony tylko udostępniam pomieszczenia i wspieram na tyle, na ile jest to możliwe. Sam oczywiście nie byłbym w stanie tego wszystkiego udźwignąć, poprosiłem do pomocy kilka osób z parafii. W salce katechetycznej przechowywana jest odzież, po którą mogą się zgłaszać poszkodowani, w piwnicy na plebanii żywność, którą będziemy rozwozić pod konkretne adresy, według listy stworzonej przez sołtysa przy współpracy z MOPS-em. Cały czas, przez te dwa tygodnie, kto tylko przyjeżdżał z sąsiednich parafii, otrzymywał pomoc – zdaje relację duszpasterz.
– A jak ksiądz widzi najbliższą przyszłość? – Może będzie to zaczątek czegoś dobrego – utworzenia Parafialnego Zespołu Caritas lub Szkolnego Koła Caritas, bo okazało się, że jest u nas wiele osób chętnych do niesienia pomocy. Na bazie tej dobroci, którą otrzymaliśmy, będzie można się też nią dzielić – ksiądz Sylwester śmiało wyraża nadzieję na dobre owoce „pospolitego ruszenia” swoich parafian.
– Czy według księdza potrzebna jest tu komuś pomoc psychologiczna? – Pewnie niektórym tak, szczególnie tym starszym, związanym z Rytlem od urodzenia, bo dla nich to, że nagle nie widzą drzew, które były tu zawsze, jest szokiem. Zresztą dla wszystkich, którzy przeżyli tę burzę, nawet będąc we własnych domach, to również był szok, będą pamiętać to do końca życia.
W czasie naszej rozmowy ksiądz Sylwester skromnie pominął swój własny wkład w usuwanie skutków nawałnicy, nic nie wspomniał o tym, że sam również zakasał rękawy i ciężko pracował, że swą mądrością i zdolnościami mediacyjnymi wspierał od początku działania sołtysa i jego komitetu, wspaniale studząc wzburzone emocje poszkodowanych i motywując społeczność do zorganizowanego działania. W trakcie naszego spotkania ksiądz pokrótce tylko napomknął, że dzięki jego staraniom uprzątnięto już z grubsza cmentarz, poważnie zdewastowany przez powalone stare, potężne drzewa. Wielokrotnie chwalił wspaniałą współpracę i zaangażowanie i sołectwa, i ośrodka kultury, i szkoły. Według niego parafia była po prostu kolejnym ogniwem we wspólnym dziele. Natomiast w ocenie sołtysa ksiądz odegrał kluczową rolę, jeżeli chodzi o komunikację pomiędzy mieszkańcami Rytla a sztabem kryzysowym, szczególnie kiedy we wsi nie było prądu.
– Czego teraz najbardziej ludzie tu potrzebują? – Myślę, że spokoju, żeby wrócić do normalności. Trzeba nadal rozdawać te dary, pomagać im odbudować swoje gospodarstwa. Strat, które są nieodwracalne, się nie nadrobi – las w kilka lat nie odrośnie, niestety, a dla wielu tutejszych był dodatkowym źródłem dochodu. Potrzebna jest więc edukacja ludzi, uświadomienie im, że muszą się przestawić, zmienić swoje myślenie.

Przekonałam się, że ludzie są solidarni
Pani Krystyna mieszka w Rytlu od 1972 roku z dorosłym, niepełnosprawnym synem Krzysiem, w domu położonym na stromej skarpie, na wprost małego zakola Brdy. Nawałnica powaliła na jej posesji dziewięć drzew – wiekowe dęby, piękne brzozy i modrzewie. Trzeba było również ściąć zbyt pochyloną, dorodną, ukochaną kanadyjską sosnę. Żeby usunąć pocięte pnie i konary, zięć wezwał ogromny dźwig. Zapełniono nimi kilka przyczep. W usuwaniu połamanych drzew pomagała cała czteroosobowa rodzina córki mieszkającej w Pruszczu Gdańskim. Córka z rodziną po tygodniu musiała wyjechać, ale prace na podwórzu pani Krystyny nie ustały. Jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki pojawiali się na nim kolejni całkowicie bezinteresowni pracownicy – młodzież ze Sztumu, która przyjechała do Rytla na kajaki, dziewiętnastolatki. Nikt ich nie prosił o pomoc. Widzieli, jak zięć pani Krystyny ciężko pracuje, i sami przyszli pomagać, ciąć i wyciągać gałęzie. Pracowali całe dwa dni. Harcerze z Chojnic, chłopcy i dziewczynki, mieli po 14, 15 lat – pomagali wynosić stosy gałęzi. Sąsiad Mateusz, który cały dzień pracował dla swojej rodziny, ale przychodził też pomagać do pani Krystyny. Wykonał najcięższą pracę przy porządkowaniu skarpy. Pan Robert – pochodzący z Chojnic kierowca TIR-a, od 25 lat mieszkający we Frankfurcie nad Menem, który jak tylko usłyszał o nawałnicy, wziął pilarkę i przyjechał do Rytla. Pomagał wielu ludziom. Pan Radek, trener siatkówki ze Szczecina, który nie tylko pomagał, ale i dzielił się wiedzą o historii regionu. Strażacy pracujący od rana do wieczora. Żołnierze – młodzi chłopcy, często niedoświadczeni w tak ciężkiej pracy – pracowali w zakolu Brdy przez trzy dni przy bardzo złej, deszczowej pogodzie.

– Przekonałam się, że ludzie są solidarni. Pomagali wszyscy. I wszyscy byli życzliwi. Podziwiam przede wszystkim naszą młodzież rytelską, która zakasała rękawy i pomagała wszystkim sąsiadom – pani Krystyna mówi to z wielkim przekonaniem i kończy naszą rozmowę, uśmiechając się. – Wierzę, że to wszystko odrośnie. Ptaki już wróciły do Rytla.

Beata Demska, Justyna Płaczkiewicz






„Pielgrzym” 2017, nr 19 (725), s. 5