Europa postradała zmysły. Totalitarne okropieństwa komunizmu i faszyzmu dodane do okropieństw wojny totalnej dają nieporównywalny z niczym rejestr śmierci, nieszczęścia i upodlenia. W czasie tamtych strasznych wydarzeń Europejczycy odrzucili swoją pozycję liderów świata, Europa weszła w fazę zaćmienia... Norman Davies „Europa”.


W obozie koncentracyjnym Birkenau, obok pola A – odgrodzonego drutami pod prądem wysokiego napięcia – było pole B, „poczekalnia”. Gdy komory gazowe, a szczególnie krematoria, były przeciążone – pole B było faktycznie swego rodzaju poczekalnią.
Pamiętam. Dobrze utrwalone. Najpierw Żydzi węgierscy, potem Cyganie. Umieszczono ich na polu B, jak przybyli, całymi rodzinami. Powoli pole B pustoszało. Najpierw, do innych obozów odeszli zdolni do pracy. Potem chorzy i słabi – do komory gazowej. Mieli pierwszeństwo.
Wreszcie – zostały tyko matki z małymi dziećmi. Któregoś dnia zaproponowano im, że jeżeli chcą sobie poprawić warunki życia, mogą się zgłosić do pracy. Nie muszą się niepokoić. Dzieciom zapewniona będzie dobra opieka.
Jednak matki wiedziały. Nie zgłosiła się ani jedna. Kilka dni później widziałem je przez druty – po drugiej stronie ogrodzenia. Ustawiono je w długiej kolumnie – razem z dziećmi... Szły. Jedne za ręce prowadziły dzieci. Inne jedną ręką prowadziły maleństwa, a na drugim ramieniu niosły niemowlęta.
Matki – dzieciom wierne – do komory gazowej prowadziły własne niemowlęta... Aż do komory gazowej towarzyszyły dzieciom... Jak Korczak ze swoimi sierotami (...)

Ks. Witold Kiedrowski
(Fragment z książki „Na drogach życia”, Wydawnictwo „Bernardinum”)



Jedna zasada musi absolutnie obowiązywać esesmana: uczciwi, przyzwoici, wierni, koleżeńscy mamy być tylko wobec ludzi naszej własnej krwi, wobec nikogo więcej. Jest mi najzupełniej obojętne jaki los czeka Rosjan czy Czechów, czy inne narody żyją w dobrobycie, czy też zdychają z głodu, obchodzi mnie tylko o tyle, o ile potrzebujemy ich jako niewolników dla rozwoju naszej kultury. Czy przy kopaniu rowów przeciwczołgowych 10 tysięcy bab padnie z wyczerpania czy nie, interesuje mnie tylko w związku z ukończeniem rowów przeciwczołgowych dla Niemców (...). My Niemcy jedyni na świecie mamy przyzwoity stosunek do zwierząt. Dlatego również nasz stosunek do tych człekozwierząt będzie przyzwoity. Ale zbrodnią wobec naszej własnej krwi byłoby martwić się ich losem i chcieć obdarzyć ich ideałami... Chcę tutaj przed wami poruszyć problem – mam na myśli ewakuację Żydów, eksterminację narodu żydowskiego. „Naród żydowski zostanie wytępiony” – mówi każdy członek partii, to jasne...

Z przemówienia Heinricha Himmlera do gruppenführerów SS, 4 października 1943 r.



Umarła kilka razy

Marianna T. umarła samotnie w rok po śmierci męża. Zanim odeszła, opowiedziała historię swego życia, wydobywając fakty z postrzępionej już pamięci.

Urodziła się we Francji w 1910 r., gdzie ojciec, z pochodzenia Polak, pracował w kopalni. Kiedy skończyła szkołę dla panien, rodzice wraz z jedynaczką przenieśli się do Paryża. Tam w czasie wakacji poznała przyszłego męża, mecenasa z Wilna. Po ślubie wyjechała z nim na Litwę.
Miała piękne mieszkanie, służącą i szczęśliwe życie, które skończyło się zimą 1940 r., gdy żołnierze radzieccy kolbami rozwalili drzwi. Niemowlę owinęła w pierzynę, mąż ubrał starszą córkę. Dopiero w bydlęcym wagonie zobaczyła, że jest w nocnej koszuli, futrze i kapciach. Jechali bez końca zmarznięci i tak stłoczeni, że ludzie umierali na stojąco. Starsza córka zaczęła gorączkować, więc mąż wygarnął sołdatowi, co myśli i dostał kulkę w głowę, córka też. Wtedy umarła pierwszy raz i nie słyszała, że niemowlę przestało płakać i się poruszać.
Na kolejnym przystanku żołnierz wyrwał jej zmarłe dziecko i wyrzucił w śnieg. Wtedy umarła drugi raz.
W syberyjskim łagrze puchła z głodu, była gryziona przez szczury, wszy. Jako piękna brunetka była katowana i gwałcona przez sołdatów i więźniów morderców. Była żywym trupem, więc położyła się na stosie martwych ciał. Gdy wieczorem przerzucono je za ogrodzenie, ocknęła się i uciekła do lasu. Szła aż padła. Znalazł ją myśliwy. Ogrzał, nakarmił i zawiózł do miasta, żeby się tam bezpiecznie „zgubiła”. Udawała głupią. Na chleb przywabił ją jak psa syn zesłańca, który jechał zaciągnąć się do armii Andersa. Od tej pory była jego siostrą i „markietanką” w wojsku.
Z punktu zbornego dla armii Andersa przerzucono ich do Trockoje, potem do Iranu, Iraku, Palestyny i Egiptu. Umierali z głodu i pragnienia. Żeby przeżyć, on otwierał sobie żyły i pili krew... Wtedy pomyślała, że to jest dobry człowiek. Poprosili kapelana o ślub. Z armią dotarli do Włoch, gdzie jej mąż został ranny pod Monte Cassino.
Do Polski przyjechali z Anglii w latach 50., byli przesłuchiwani, bici.  Jej mąż do końca życia miał „anioła stróża”, nawet gdy samotnie łowił ryby. Oboje politycznie podejrzani nie doczekali wolności.

Wysłuchała:
Marzenna Bławat



Mój życiorys

Zygmunt Karol Kunc mieszka w Anglii. W czerwcu br. po raz pierwszy od czasu wojny, po 69 latach, odwiedził Polskę. Jest bohaterem wojennym o niemal wzorcowym dla walczących Polaków życiorysie.

Urodziłem się w 1922 r. we wsi Szutowa, pow. Jaworów, woj. Lwów. Ojciec Michał był zarządcą młyna, matka prowadziła dom, miałem dwóch braci. Po ukończeniu gimnazjum i jednego roku liceum o profilu humanistycznym, w lutym 1940 r. zostałem aresztowany i wywieziony w bydlęcych wagonach do Tułuny k. Irkucka, potem saniami 20 km w głąb tajgi. Na Syberii pracowałem końmi przy zwózce drzewa, w warunkach nie do opowiedzenia. Kiedy usłyszałem, że tworzy się ochotnicza Armia Polska, zgłosiłem się i pojechałem do Guzaru k. Taszkientu (jeden z ośrodków armii Andersa – dop. red.). Tam skierowano mnie do szkoły podchorążych na kurs sanitarny, po kilku dniach zachorowałem na tyfus plamisty. Następnie z kompanią wyjechałem do Iraku, gdzie ukończyłem Szkołę Podchorążych Artylerii. Mój pułk został przeniesiony do Palestyny na ok. 5 miesięcy, tam zdawałem maturę. Kolejne miejsce pobytu to Egipt, a potem przeprawa statkiem do Neapolu.

We Włoszech szykowaliśmy się do walk frontowych. W bitwie pod Monte Cassino w maju 1944 r. byłem dowódcą działonu przy ostrzeliwaniu góry klasztornej. Pomimo ogromnych strat w ludziach (ok. 1000 zabitych, 3000 rannych – dop. red.) wyszedłem z walk bez szwanku.
Przerzucono nas nad Adriatyk, w bitwie koło Ankony byłem ranny. Nominowano mnie na stopień oficerski, otrzymałem krzyż Virtuti Militari (najwyższe polskie odznaczenie za zasługi bojowe – dop. red.). Znowu odniosłem rany, ciężkie. Samolotem przewieziono mnie do Bari, po trzech tygodniach wróciłem do wojska, zostałem dowódcą baterii.
W bitwie pod Bolonią byłem ranny w nogę, wojna już się kończyła.
W szpitalu spędziłem ok. dwóch miesięcy. Po wyjściu skierowano mnie do Como na wypoczynek, tam poznałem moją przyszłą żonę, uczestniczkę Powstania Warszawskiego i więźniarkę obozu Oberlangen. Ślub wojskowy braliśmy w Loreto, w polskiej kaplicy bazyliki.
W 1946 pojechaliśmy do Anglii, gdzie mieszkam do dziś.
Odwiedziłem Polskę po 69 latach, po raz pierwszy od czasu wojny. Wcześniej nie mogłem, gdyż był wydany na mnie nakaz aresztowania. Odwiedziłem grób mamy i symboliczny grób ojca, który zginął na Syberii.
Ciągle mam dobrą pamięć, tylko dokuczają mi rany wojenne – te fizyczne, no i trochę nie daje mi spokoju żal po straconych młodych latach...

Zygmunt Karol Kunc


Więźniowie Buchenwaldu wyzwalani przez Amerykanów w kwietniu 1945 r.

 


„Pielgrzym” 2009, nr 17 (515), s. 14-15