Trudno wyobrazić sobie współczesną kuchnię polską bez tego dania. Jest wszędzie. Oparło się inwazji kuchni włoskiej i japońskiego sushi. Wyjątkowy twardziel, wciąż ceniony i pożądany.


Kotlet schabowy. Gigant. Kolos. Numer jeden na polskich stołach. Dla wielu wciąż kwintesencja dobrego, rodzinnego, niedzielnego obiadu. Danie idealne. Sycące. Proste i dla każdego. Nigdy nie zawodzi.
Myślałem o tym, gdy w restauracji Mi Casa w Gdyni jadłem suchą polędwicę wieprzową w towarzystwie niedoprawionej, mdłej fabady – hiszpańskiej potrawki z fasoli. Tak, zdecydowanie zwyczajny kotlet schabowy poprawiłby mi humor i z pewnością smakowałby o niebo lepiej. Złapałem się na tym, że nie jadłem go od bardzo, bardzo dawna. Dlaczego? Hm… w swoim życiu pewnie sporo ich zjadłem, nie liczyłem, ale pewnie sporo. Poza tym zawsze wydawał mi się taki pospolity, zwyczajny, bez polotu, a z czasem po prostu niezdrowy. Przyznaję, to niesprawiedliwe.
Historia schabowego jest, przynajmniej dla niektórych, zaskakująco krótka. Pojawia się w naszym kraju w połowie XIX wieku i nie ma nic, ale to nic wspólnego z…

Sławek Walkowski






Więcej przeczytasz w najnowszym numerze dwutygodnika „Pielgrzym” (04/2020).